
Satysfakcja, z jaką przyjmuje się wyroki skazujące w sprawach dotyczących szeroko pojętej wolności wypowiedzi i sumienia, jest tyleż zrozumiała co niepokojąca. Znamienne, że nie dostrzega się zasadniczych podobieństw w ukaraniu Dody i Roberta F. „Prawica” cieszy się ze skazania piosenkarki, a roni łzy nad autorem „AntyKomora”, „liberalna lewica” na odwrót. Z czego się cieszycie i nad czym płaczecie, chciałoby się zapytać.
REKLAMA
Brak rozeznania tej sytuacji połączony z niską kulturą prawną i ogólnym brakiem współczucia może skutkować tylko jednym – dalszym ograniczaniem wolności w demokracjach, które za wolność tę jeszcze niedawno płaciły życiem swoich obywateli.
Prawo utknęło w martwym punkcie. Systemy mające na celu zabezpieczanie interesów jednostki w świecie przepełnionym ludźmi, wyniszczonym eksploatacją zasobów, zatopionym w informacyjnym bełkocie, stają się niewydolne. Nowych pomysłów brak. Być może jest na to jeszcze za wcześnie albo już za późno.
Dlatego bazujemy na starych sprawdzonych rozwiązaniach – metodycznym karaniu pospolitych przestępców, okraszonym od czasu do czasu symbolicznym skazaniem błazna, heretyka, nierządnicy. Nic tak nie cieszy jak surowy wyrok.
Przynajmniej dopóki oblicze prawa nie zwróci się w naszą stronę.
