Próby rozwiązania problemu tzw. umów śmieciowych wiele mówią o naszym stosunku do prawa. Stosunek ten można określić jako mieszany: magiczno-inżynieryjny. Zarówno od magii, jak i inżynierii oczekujemy, że w relatywnie krótkim okresie zmienią nasze życie na lepsze. Dlatego piszemy wiele przepisów, a potem dziwimy się, że nie spełniają pokładanych w nich oczekiwań. Nie inaczej będzie z pomysłem „ozusowania” umów „śmieciowych”, bo prawo – choć czasami tak wygląda – nie jest magią i nie powinno być inżynierią.

REKLAMA
W dyskusji nad „śmieciówkami” uderzające jest całkowite pomijanie faktu, iż już w 1998 r. problem miał być rozwiązany na gruncie Kodeksu pracy. Wtedy to ustawodawca rozpoczął wprowadzanie zmian w art. 22 ustawy, które ostatecznie doprowadziły do obecnego brzmienia przepisu:
§ 1 Przez nawiązanie stosunku pracy pracownik zobowiązuje się do wykonywania pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy i pod jego kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, a pracodawca - do zatrudniania pracownika za wynagrodzeniem.
§ 1(1). Zatrudnienie w warunkach określonych w § 1 jest zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy, bez względu na nazwę zawartej przez strony umowy.
§ 1(2) Nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy, określonych w § 1.
Pozornie sprawa jest oczywista. W przywołanym przepisie ustawodawca dokłada ogromnych wysiłków natury językowej, aby niemal wszystko co przypomina świadczenie pracy, było „zatrudnieniem na podstawie stosunku pracy”. Proszę zwrócić uwagę, iż dwukrotnie (niczym magiczne zaklęcie) powtarza tę samą myśl. Paragraf 1 z indeksem 1 okazuje się nie wystarczyć i dodaje się normę podobną, tylko wyrażoną innymi słowami (paragraf 1 z indeksem 2). To trochę tak, jakbyśmy napisali, kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności, by w chwilę potem napisać: Czyje działanie spowoduje śmierć człowieka, tego spotka kara wolności pozbawienia od lat 8 nie krótsza. Kara niniejsza może być rozciągnięta na lat 25 a nawet i do końca żywota.
Ale te zaklęcia nie wystarczają, bo już w chwilę po wprowadzeniu zmian zamiary ustawodawcy palą na panewce. Orzecznictwo podąża w kierunku niezgodnym z intencjami. Sąd Najwyższy i większość doktryny uznaje, że i tak o tym, czy czynności wykonywane na rzecz pracodawcy są stosunkiem pracy, decyduje wola stron, a wolę tę ujawnia w pewnych przypadkach sama już tylko nazwa umowy (sic!). Wykładnia ta zaczyna mieć faktycznie moc obowiązującą, mimo że ustawodawca swoimi zaklęciami zakazał powoływania się na nazwy. Nazwa nie nazwa, pracujesz, pracujesz na umowę o pracę. Pracodawca ma ci opłacić składki ZUS i dać urlop. Koniec, kropka!
Mimo tej, najoględniej mówiąc, kontrowersyjnej wykładni, czasami pracownikowi udawało się wykazać, że był zatrudniony „na podstawie stosunku pracy”. Sąd ustalał wtedy należne składki ZUS, uprawnienia urlopowe itp. Pracodawcy dokonywali cudów, aby zawęzić te (i tak niewielkie) możliwości dochodzenia praw, zatrudniając na przykład tę samą osobę w dwóch firmach – KARABIN sp. z o.o. i KARABIN SAMOPOWTARZALNY KONSORCJUM S.A. W jednej z firm pracownik pracował na umowę o pracę, w drugiej na umowę „zlecenia”, w istocie wykonując dokładnie te same czynności w tym samym miejscu, czyli dajmy na to pilnował czyjegoś mienia. Pół dnia robił to na umowę o pracę, a pół na zlecenie. W innych przypadkach obchodzenia przepisów dokładano wszelkich starań, aby wykazać, że siedzący przy biurku pod czujnym okiem pracodawcy człowieczek, siedzi tam ot tak sobie, bez jakiegokolwiek kierownictwa i tak naprawdę może sobie iść do domu i tam wykonywać swoje obowiązki. Każda akcja powoduje reakcję. Dotychczasowa magia okazała się nieskuteczna. Wniosek: potrzebne są silniejsze zaklęcia – tym razem „ozusujemy” umowy „śmieciowe”*.
Nowa magia ma inny charakter. Wydaje się, że tym razem zaklęcia mają być nakierowane nie tyle na ochronę samego stosunku pracy, co na „ochronę” wiążącego się wykonywaną pracą ubezpieczenia. Jakaż to emerytura uzbiera się siedemdziesięciolatkowi (jeszcze do tego dojdziemy) po odkładaniu co miesiąc kwoty, dajmy na to 300 zł od „umowy o dzieło”, o tym ustawodawca milczy. Póki co, wiadomo tylko tyle, że owe 300 zł po wejściu w życie nowego pakietu zaklęć, zasili konto ZUS. I to będzie jedyny wymierny, już niemagiczny skutek nowych uregulowań. Skutkiem niezamierzonym będzie stara dobra praca na czarno, bez jakiejkolwiek umowy. Przy czym słowo "umowa" ma w rozważanym kontekście wyłącznie umowne znaczenie. Umawiać mogą się dwa w miarę równorzędne podmioty, a nie rozpaczliwie szukający jakiejkolwiek pracy zagubiony człowieczek z korporacją połykających podobnych mu ludzików rankiem i wypluwającą ogryzione kości wieczorem.
Już tylko dla porządku chciałbym dodać, iż oburza mnie oburzenie części środowisk opiniotwórczych na nazywanie umów „śmieciowych” umowami „śmieciowymi”. To klasyczny przykład fałszywej świadomości, kiedy to rozchwytywana pani redaktor, świetny informatyk, znakomity menedżer, porównują swoją „„śmieciówkę”” (podwójny cudzysłów), z której mogą odłożyć na urlop i zabezpieczenie na starość ze „śmieciówką” sprzątaczki, z której nie może ona odłożyć niczego, bo po otrzymaniu wynagrodzenia oddaje to, co pożyczyła w poprzednim miesiącu, a urlop ma tylko wtedy, kiedy pracodawca rozwiąże z nią umowę i zasili szeregi bezrobotnych (względnie odpocznie sobie kilka dni bez wynagrodzenia za okres przerwy w pracy).
Moje oburzenie nie zmieni jednak tego, że zarówno dotychczasowe formy świadczenia pracy, jak i formy zabezpieczenia społecznego umierają śmiercią naturalną. Ustawodawcze zaklęcia nie poprawią tego stanu rzeczy, choć z pewnością rozszerzą zakres otaczającej nas iluzji (magia) i dobiją ledwo zipiących małych i średnich przedsiębiorców (inżynieria).
_________________________________________________________
* Być może niedługo wszelkie pojęcia pojawiające się w społecznej debacie trzeba będzie pisać w cudzysłowie.