Felix Baumgartner dał światu wszystko, czego od dawna mu brakuje. Wielką ideę przekraczania marnej kondycji, zuchwałość i odwagę. Odlot, którego nie da się kupić za pieniądze. Dzięki astronautycznej estetyce swojego wyczynu, na chwilę przypomniał, że naszym obowiązkiem jest poszukiwanie drogi wyrwania się z tej małej, wyniszczonej planetki. Leciał w dół, ale nasze serca leciały w górę.

REKLAMA
Miliony ludzi, które przyglądały się Austriakowi w niedzielny wieczór, trzymały kciuki, jakby od jego skoku zależało wyzwolenie Ziemi spod marsjańskiej okupacji. Patos chwili był niemiłosierny, ale był autentyczny. Jestem przekonany, że przez chwilę my wszyscy, Ziemianie oglądający naszego bohatera, poczuliśmy się braćmi. Zniknęły interesowne wysiłki, troski i zmartwienia. Kiedy był już na ziemi, każdy z nas dałby wiele, żeby móc go uścisnąć! Było w tym wszystkim coś głęboko ludzkiego, w tym sensie pojęcia "ludzkie", którego znaczenia chyba już nie rozumiemy.
Zanim rozmienimy to wydarzenie na drobne (już to robimy), przeżyjmy je. Poczujmy, że jesteśmy stworzeni do rzeczy wielkich. Ta wiara już niedługo może być nam bardzo potrzebna.
Mega szacun, Panie Felixie!
PS Z pełną świadomością chciałem poczekać z wpisem kilka dni. Myślałem, że wzruszenie minie. Jak widać, nie mija.