Jeżeli cały czas wmawia się ludziom, że zdobywanie wiedzy poprzez edukację ma służyć przede wszystkim jakimś wymiernym doraźnym celom (zdobyciu pracy, karierze), trudno się dziwić ich zniechęceniu. Mało kto osiąga bowiem dokładnie takie cele, jakie przed sobą postawił. Coś, co stanowi o istocie człowieczeństwa, zamienia się w ten sposób w walutę, którą płacimy za lepszą lub gorszą karierę zawodową.

REKLAMA
Tak określona wiedza (i towarzysząca jej edukacja) nie spełnia nawet własnych, infantylnych założeń. Nie skutkuje kreatywnością (jedno z moich ulubionych słów), tylko radosną dowolnością barbarzyńców. Bylejakością w myśleniu, pisaniu, działaniu. Jeżeli na tym gruncie może coś jeszcze powstawać, to tylko mocą procedur stworzonych w starym, poznawczo względnie uporządkowanym, świecie.
Na gruncie starego i nowego pojawia się rozłam pomiędzy tymi, którzy posiadają rzeczywistą wiedzę i rzeczywiste umiejętności, a tłumami wyrobników funkcjonujących gdzieś pomiędzy odbiciem wiedzy a własną para-wiedzą. "Wiedzą", którą tak uporczywie tworzą, którą tak gorliwie handlują i którą starają się przekazać następnym pokoleniom.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że kryzys przewalający się przez świat od kilku lat ma jakieś głębsze, nie tylko ekonomiczne, źródła. Jedno z nich zdaje się mieć charakter fizykalno-psychologiczny. To narastające poczucie kurczących się zasobów, miejsc i możliwości. Tutaj nic więcej nie da się już osiągnąć. To koniec. To się tli gdzieś z tyłu czaszki. Zbiorowe poczucie mrówek, które wiedzą, że pożarły wszystko, co nadawało się do zjedzenia w okolicy dziesiątek kilometrów od mrowiska.
Drugie źródło kryzysu może wiązać się z tym, co jako gatunek zrobiliśmy z naszym myśleniem, rozumem, z naszą – mówiąc z grubsza – wiedzą. Z jednej strony straciliśmy wiarę w jej możliwości, z drugiej wmówiliśmy sami sobie, że można ją znaleźć w Internecie i że jest łatwo dostępna. Trzeba tylko „czytać ze zrozumieniem” i „umieć szukać”. Ale jak rozumieć, skoro nie przyswoiło się nawet minimalnego pakietu znaczeń? Jak szukać, kiedy nic jeszcze nie znaleźliśmy, a znaczenie tego, co leży przed naszymi oczami, jest dla nas ukryte? A co będzie, jeżeli wyłączą prąd i padnie nam bateria w laptopie? Nie wierzymy w wiedzę, nie wierzymy w siebie. Wierzymy tylko w kryzys i tylko kryzys jest realny.
Możliwe, że wedle współczesnych kryteriów zdobywanie wiedzy w ogóle jest pozbawione jakiegokolwiek sensu. Po co nam „encyklopedyczna” wiedza (a to jest jakaś inna?!*), jeżeli nie będziemy umieli napisać CV dostosowanego do potrzeb pracodawcy? Ale jak odkryć te potrzeby, skoro nie mamy żadnej (choćby encyklopedycznej) wiedzy? Uczmy myślenia analitycznego! Ale jak go uczyć, skoro niczego się nie analizuje (analiza zadania matematycznego to nie to samo, co analiza dzieła literackiego czy procesu historycznego). To tak jak uczyć tańca bez tańczenia i bez muzyki! Tym działaniom psa goniącego własny ogon przyświeca fałszywe założenie, że człowiek jest w stanie obyć się bez znaczeń, że może funkcjonować w obrębie samej tylko logiki (która i tak jest skrzywdzona, bo w jej miejsce pojawiła się „kreatywność”).
Zamiast powiedzieć uczniom, że wiedza i jej zdobywanie to coś niezmiernie trudnego, często nudnego i na pierwszy rzut oka (rzeczywiście) bezcelowego, implantuje im się gazetowo-bulwarowe zabobony dotyczące edukacji: że (1) uczą się rzeczy niepotrzebnych, (2) według zasady „zakuj, zdaj, zapomnij”, (3) że jest za dużo materiału do opanowania, (4) że metody nauczania są przestarzałe i że (5) szkoły nie przygotowują do wykonywania jakiejkolwiek pracy. Na polskim gruncie te utyskiwania wchodzą w nowe wymiary absurdu, bo od dwudziestu mniej więcej lat robi się wszystko, żeby pozbawić nauczanie wskazanych wyżej „wad”, a skuteczność tych działań jest już możliwa do zaobserwowania. Nawet w gimnazjach zdarzają się dzieci nieumiejące czytać i pisać (choćby bez zrozumienia).
Jak w sposób odpowiedzialny można mówić istocie ludzkiej, że jakakolwiek wiedza jest jej niepotrzebna? Jak można twierdzić, że nauczenie się czegokolwiek jest możliwe bez wykucia tego na blachę? Jak można sprowadzać człowieka do istoty, której wiedza służy jedynie do „zatrudniania się”? Jak można twierdzić, że tablet jest dla dziecka lepszy od kartki i ołówka? Jak można?
Wydawałoby się, że podobne dyrdymały mogą głosić jedynie politycy. Wiadomo – wyborca im głupszy, tym lepszy. Nie wyczerpuje to jednak tematu, bo od chwili, kiedy porzuciliśmy wiedzę na rzecz para-wiedzy, wokół tej ostatniej rozrósł się potężny biznes para-edukacyjny. I tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy, tak para-edukacja wypiera edukację. Przenika z szeroko rozumianej sfery prywatnej i instytucjonalizuje się zaaprobowana przez Państwo i polityków. Zrobimy wam tak, żeby było wam łatwiej, kochane dzieci! Wy będziecie zadowoleni i pracodawcy będą zadowoleni**. Ekonomiczna i polityczna konieczność rozlewa się w obszary do tej pory niedostępne – w obszary poznania ludzkiego. Oburzenie? Patos? Jak najbardziej tak!
Cele uczenia się mają w swojej istocie charakter negatywny. Wiedza ma nas zabezpieczyć przed szeregiem wpadek, obdarzyć pewną „negatywną czujnością”, oswoić krwiożercze zapędy, ma nas – mówiąc wprost – wyróżnić spośród innych istot i uczynić ludźmi. Tylko tyle i aż tyle. To, że umiemy ją wykorzystać do budowania domów i mostów, leczenia i zabijania, czy wreszcie pracowania, a choćby tylko „zatrudniania się”, ma charakter wtórny (choć nie mniej ważny). Jeżeli jednak tracimy z oczu istotowe cechy wiedzy, przestajemy w ogóle ją rozumieć i po pewnym czasie – jako taka – wydaje się bezcelowa. Jest to ta „bezcelowość”, o której mówią rzecznicy para-wiedzy i para-umiejętności, choć nie jest to jej autentyczna, swoista i względna BEZCELOWOŚĆ.
Rzetelność nakazywałaby obłożyć powyższy wpis pewnymi zastrzeżeniami. W szczególności mieszam w nim wiedzę z edukacją. Jest to zabieg świadomy. Mam również świadomość, iż model nauczania, w którym wiedzę (mądrość? filozofię?) traktuje się jako „ćwiczenie duchowe” na skalę masową jest niemożliwy do osiągnięcia. Ciągle jednak warto mieć na względzie perspektywę wiedzy jako możności przekraczania naszych możliwości, zamiast – jak ma to miejsce obecnie – utrwalania niemożności. Może nadal warto pamiętać, że wiedza może być nam kiedyś potrzebna do ocalenia nas przed nami, do opuszczenia tego zrujnowanego, zrezygnowanego świata. Nie tylko do napisania dobrego CV, za które otrzymamy nagrodę w postaci pięknej, nowej, atrakcyjnej umowy o dzieło!
________________________________________
* Prowokacja!
** Ale nie wszyscy są zadowoleni. Niedouczeni pracownicy nie mogą zrozumieć, dlaczego nic nie rozumieją, a pracodawcy żyją w rozdwojeniu jaźni. Z jednej strony potrzebne im bezwolne istoty akceptujące korporacyjny dryl i jego pojęciową otoczkę, z drugiej domagają się pracowników myślących i analizujących. Jedno - co do zasady - wyklucza drugie.