Zdarza się nierzadko, że w rodzinie jedno z rodzeństwa traktowane jest po macoszemu. Niby wszystkie dzieci są kochane, ale rozdział miłości nierównomierny. Taki gorszy brat czy siostra dość szybko orientują się, że coś jest nie tak, dlatego od najwcześniejszych lat rozpoczynają swą beznadziejną walkę o miłość rodziców.

REKLAMA
Niedowartościowanie zaważy na całym ich życiu – będą mieć kłopoty w szkole, trudności ze znalezieniem pracy, partnera. Rodzina będzie ich postrzegać jako sfrustrowanych dziwaków, którzy (tak naprawdę) mają to, na co sobie zasłużyli. W końcu pewnie przebiją się przez ten swój brak, coś osiągną, zostaną dyrektorami, inżynierami, rozkręcą mały biznesik. Późno bo późno, ale znajdą drugą połowę, nie za ładną, nie za bystrą… Jakoś to się potoczy.
Tylko czasami, podczas rodzinnego obiadu, kiedy kolejny pomysł gorszego brata, nieśmiała idea, pogląd wyrażony wobec otaczającego świata, zostaną po raz kolejny obśmiane lub, co gorsza, potraktowane pobłażliwie, gorszy brat nie wytrzyma i wyrzuci swoje żale. Ktoś zaleje się łzami, ktoś wyjdzie na papierosa.
Co będzie prawdą o rodzinie? Czy te lepsze, dowartościowane dzieci osiągające sukcesy, dla których rodzice zawsze znajdą słowa pochwały, czy ów naburmuszony nieszczęśnik z ciągnącą się latami nieleczoną depresją? Czy to będzie rodzina sukcesu czy porażki? Rodzina miłości czy odtrącenia?
Takie pytania przychodzą mi do głowy, kiedy patrzę na naszą polską rodzinę, bo przecież, jak wiemy (śpiewaliśmy to na weselach), wszyscy Polacy to jedna rodzina, pisowiec, peowiec, chłopak i dziewczyna.
Jutro nasze rodzinne święto, coś jak imieniny lub Wigilia. Pewnie znowu pokłócimy się przy stole. Być może udałoby się tego uniknąć, gdybyśmy czasami pomyśleli cieplej o naszym gorszym bracie. Może chce nam powiedzieć coś ważnego o nas samych. Może, przynajmniej czasami, ma rację. Może wreszcie część winy za jego smutne położenie spoczywa na nas. Może warto okazać mu trochę miłości, a wtedy znów, choćby na chwilę, będziemy szczęśliwą rodziną.