Powszechne przekonania dotyczące „moralności adwokackiej” są takie, że „moralna” jest jedynie obrona ludzi NAPRAWDĘ niewinnych. Tymczasem taka obrona to nie tyle moralność, co formalność. Prawdziwa moralność, zaczyna się wtedy, kiedy trzeba bronić prawdziwego zbrodniarza. To nie tylko istota zawodu adwokata, ale również istota moralności. Prawdziwą cnotą jest bowiem szukanie czegoś dobrego w tych, którzy zbłądzili.
REKLAMA
Wniosek, jaki wypływa z tego potocznego poglądu, jest taki, że adwokaci to osoby niemoralne, ponieważ bronią winnych, bronią zbrodniarzy i bandytów. Pogląd ten jest w wielu wymiarach nieuprawniony. W istocie rzeczy można go formułować jedynie na gruncie czarno-białej bulwarowej moralności, bo większość akceptowanych przez świat systemów etycznych jako najszlachetniejsze zadanie człowieka wskazuje miłość tych, którzy znajdują się poza powszechnie obowiązującą NORMĄ. Będzie tak w szczególności na gruncie etyki chrześcijańskiej (o ile możemy w ogóle zaakceptować takie pojęcie). Etyka ta ma być dominująca w świecie Zachodu.
Każdy adwokat sam musi poradzić sobie ze złem, w którego obliczu staje. Rzadko jednak całość tego zła mieści się w osobie oskarżonego. Adwokat z powołania będzie zdawał sobie z tego sprawę. Dość powszechne niezrozumienie tej - niezwykle skomplikowanej i dynamicznej sytuacji moralnej - rzutuje na postrzeganie adwokatów w społeczeństwie od samego początku pojawienia się profesji.
Temat zasługuje na rozwinięcie, które już dziś Czytelnikom mojego bloga solennie obiecuję. Sprawa Katarzyny W., o której wspomina Jacek Dubois, w kontekście rzekomej niemożności znalezienia obrońcy dla podejrzanej, jest dobrym przyczynkiem do takich rozważań.
