Pękły ściany Arkham Asylum. Miasto wypełniło się szaleńcami. Matki mordujące własne dzieci, demoniczni geniusze zła z tajnymi bazami i laboratoriami umieszczonymi w piwnicach bloków, twórcy filmów wymierzonych w tożsamość miasta, hordy ksenofobów, które po bliższym wejrzeniu okazywały się szybkimi jak błyskawica xenomorfami, czasowo tylko przybierającymi postać odzianych w nieutrudniające ruchów kurtki miłośników futbolu.

REKLAMA
Każdy dzień i każda noc przynosiły nowe, gaszące nadzieję wydarzenia. Napady, pobicia, naruszenia nietykalności cielesnej i duchowej stały się normą. Najgorsi z szaleńców znajdowali nawet czas na obrazę uczuć religijnych, choć powiedzmy sobie szczerze, w tym bałaganie religia schodziła na dalszy plan. Prawnicy nie nadążali z pisaniem pozwów o ochronę dóbr osobistych. Sekcja do spraw wykroczeń została po prostu zasypana przez tony papieru, kiedy sprzątaczka potrąciła ustawione w słupki teczki z aktami. Areszty pękały w szwach, a ludzie zamykali się w domach. Zwoływane naprędce konferencje prasowe magistratu, miast uspokajać, jeszcze bardziej podgrzewały nastroje. Kto mógł wyjeżdżał na wieś, która tradycyjnie była dobrym miejscem na przetrwanie wojny.
Stojący przy reflektorze komisarz Gordon patrzył na to wszystko i szeptał pod nosem jakieś zdanie, którego stojący za nim mundurowi nie mogli zrozumieć. Dopiero kiedy od strony miasta powiał silniejszy, przesycony zapachem śmieci i ścieków wiatr, wraz z nim do uszu funkcjonariuszy dotarły słowa komisarza – $%^#, gdzie jest Batman, gdzie jest Batman?!? – pytał. Nie znali odpowiedzi, ale Gordon jej też nie oczekiwał.
Ciąg dalszy zapewne nastąpi.