Jako osoba żywo zainteresowana życiem społecznym, od lat śledzę publiczny dyskurs. Pośród wielu zjawisk, które mu towarzyszą, jednym z najbardziej męczących jest całkowite przeniknięcie tegoż dyskursu perspektywą moralną. Wszystko jest dobre lub złe. Nie ma zdarzeń z punktu widzenia moralności nieistotnych.
REKLAMA
Niezwykle skutecznym ośrodkiem rozprzestrzeniania się tej moralnej neurozy okazał się być Internet. Z nadejściem świtu tysiące zasiadają do swoich tabletów, laptopów i smartfonów, żeby zapoznać się z moralną oceną wydarzeń dokonaną dzień wcześniej w programach telewizyjnych i portalach internetowych. W chwilę potem w milionach komentarzy wygłaszają (moralną) aprobatę i (moralne) oburzenie, które wieczorem zostanie opisane przez publicystów i blogerów i będzie stanowić paliwo dla (moralnego) pobudzenia na kolejny dzień. Każda publiczna dyskusja, najprostsza redakcyjna notka, bez względu na to czego dotyczy, kończy się moralnym spazmem, puentą wymierzoną we wroga, będącego uosobieniem zła, podczas gdy puentujący jest naturalnie ucieleśnieniem dobra.
Nie ma mocy, która mogłaby przerwać błędne koło, czynnika, który przywróciłby normalne życie. Nie ma pięknego i brzydkiego, mądrego i głupiego, chorego i zdrowego, logicznego i nielogicznego, pragmatycznego i niepragmatycznego, fajnego i do bani, zgodnego z prawdą historyczną i niezgodnego – jest tylko dobre i złe! Przykładów choroby jest wiele, a ich przywoływanie samo w sobie stanowi nadużycie.
Płytkość tych (moralnych) dywagacji z psychologicznego punktu widzenia niewiele zmienia, a nawet wzmacnia efekt pobudzenia, bo przecież wnikliwa etyczna analiza powinna (raczej) przynosić ukojenie. Tyle że ta ostatnia wymaga pracy, na którą niewielu chce i może się zdobyć. Z kolei politycy i media wykorzystują to swoiste upośledzenie bądź z rozmysłem bądź instynktownie – wychodzi i tak na jedno.
Skutkiem społecznym choroby jest narastająca niechęć, brak wyrozumiałości, współczucia. Napięcie narasta i budzi uśpionych dotąd psychopatów, którzy – i to jest ostateczny dowód istnienia choroby – i tak są oceniani są w perspektywie moralnej.
Wbrew obiegowej opinii, nie zalewają nas fale nihilizmu – to być może nie byłoby takie złe. Raczej wszyscy staliśmy się moralnymi zombie, poszukującymi nieustannie czegoś, czemu można nadać moralny sens. Nie ma już ratunku! Chyba, że któregoś dnia skończy się prąd i stracimy dostęp do naszych ulubionych portali*...
PS Ponieważ Czytelnicy, jak widać poniżej, domagają się przykładów, odpowiadam na wezwanie. Niech będzie to choćby wczorajsze wydarzenie "sprofanowania" obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Zanim zaczęliśmy wydawać moralne sądy, a przecież takie już się pojawiły, można było zaczekać, aż biegli ocenią stan psychiczny podejrzanego o popełnienie "profanacji". Czy szaleniec może cokolwiek sprofanować? A ptak może? Albo mucha, która usiądzie na obrazie? Inny przykład to szeroko dyskutowany case Wojewódzkiego i Figurskiego, do którego nie chcę wracać, ponieważ poświęciłem mu już i tak zbyt wiele miejsca. Albo sprawa napisu "Stocznia Gdańska im. Lenina". O nim również wspominałem.
PPS Z chęcią zapoznam się również z przykładami Czytelników, o ile jakieś się Państwu nasuwają. Chodzi mi o coś wyrazistego, choć w istocie rzeczy ta moralna nutka pojawia się w niemal każdej publicznej wypowiedzi. Mam poczucie trywialności mojego spostrzeżenia, ale - mimo tejże trywialności - zjawisko zdaje się przybierać na sile.
_______________________________
*Czego naturalnie nikomu nie życzę.
_______________________________
*Czego naturalnie nikomu nie życzę.
