Na swoim blogu w „Polityce” Jarosław Makowski zauważa, iż w 2012 r. prawica odniosła swoisty sukces zawłaszczając publiczny dyskurs narzuconym przez siebie słownikiem, w którym prócz różnych pojęć, których przytaczanie w całości jest całkowicie zbędne, pojawia się bodaj najgorsze z nich – „lemingi”. Z kolei Jacek Żakowski wzywa lemingi do walki, w chwilę potem przeprasza. Wszyscy dbają o rozwój gatunku. Hodowcy liczą zyski, myśliwi mają do czego strzelać. Ja chciałbym już tylko przeprosić.
REKLAMA
W tekście Leming - największy sukces prawicy, Makowski podejmuje próbę wyjaśnienia faktycznej dominacji pojęcia odwołując się do Nietzschego, Tischnera, George’a Lokoffa. Rzeczywiście, Makowski pomyślał o wszystkim, prócz tego, że pojęcie to jest po prostu trafione i zabawne, a zabawność przydaje mu trafności.
Tym niemniej zarówno na gruncie źródeł nośności pojęcia, jak i pewnych faktycznych cech grupy określanej mianem lemingów Makowski pozostaje w błędzie - podobnie zresztą jak wielu innych publicystów, biorących w obronę „nowe mieszczaństwo”. Na wypadek poddania mnie próbie poprawności politycznej – zastrzegam, że lemingi można i warto bronić i że mamy z nich wszyscy (ja, pan, społeczeństwo) wiele pożytku. Z drugiej strony przyznaję Makowskiemu rację, że – co do zasady – mogą bronić się same.
Przede wszystkim u Makowskiego zastanawia mnie posłużenie się Nietzscheańskim resentymentem w celu – jak być może nieudolnie rekonstruuję – udowodnienia, że ukucie przez prawicę pojęcia leminga jest wynikiem resentymentu tejże. Będzie to pewnie zbyt daleko idący wniosek, ale czy należałoby stąd wnioskować, iż postawa lemingów to przeciwieństwo bądź przełamanie resentymentu? Jest to naprawdę odważana teza.
Makowski pisze: Skuteczne przełamanie prawicowego dyskursu, pełnego pogardy i resentymentu, polegałoby więc tu na tym, że tworzymy własne ramy językowe. Jest przecież jasne, że w miastach, co tak bardzo drażni prawicę, tworzy się dziś na naszych oczach nowa klasa – „nowi mieszczanie”, pozbawieni kompleksów, znający swoją wartość, ceniący ciężką pracę, chcący podnosić jakość życia swoją i swoich rodzin.
Lemingi pozbawione kompleksów? Toż to właśnie kompleksy i brak poczucia wartości pchają je do „podnoszenia jakości życia swojej i swoich rodzin”. Jakość ta zawłaszcza je do tego stopnia, że w ich życiu nie ma już nic prócz jakości, o jakości tej mówią i jakości tej domagają się na każdym kroku od samych siebie, innych, a przede wszystkim państwa. Nie ma jakości – nie ma życia!
Oddajmy głos Nietzschemu i porównajmy człowieka opanowanego przez ressentiment z naszym rodzimym lemingiem (łapiąc się jednocześnie za głowę nad zasadnością podobnych porównań, ale nie my żeśmy je rozpoczęli).
[…] człowiek opanowany przez ressentiment nie jest ani szczery, ani naiwny, ani z samym sobą uczciwy i otwarty. Jego dusza zezuje; duch jego kocha schówki, kryjome dróżki i wrota od tyłu; wszystko co skryte ma powab dla niego, jako jego świat, jego pewność, jego uciecha; zna się on na milczeniu, na niezapominaniu, na czekaniu, na tymczasowym zmniejszaniu się i upokarzaniu. Rasa takich opanowanych przez resseitiment ludzi stanie się w końcu z konieczności roztropniejsza niż jakakolwiek inna rasa dostojna, będzie się czcić roztropność w zgoła innej mierze: mianowicie jako pierwszorzędny warunek istnienia, podczas gdy w ludziach dostojnych ma roztropność lekką, wykwintną przymieszkę zbytku i wyrafinowania. Jest ona bowiem w nich daleko mniej zasadnicza niż doskonała pewność funkcji regulujących instynktów nieświadomych lub nawet pewna nieroztropność, pewne gnanie na oślep czy to ku niebezpieczeństwu, czy to na wroga, lub owa marzycielska nagłość gniewu, miłości, czci, wdzięczności i zemsty, po których wszelkiego czasu poznawały się dusze dostojne (1).
Makowski chce jednak wykazać, iż „nowi mieszczanie, niemyślący w kategoriach umierania za Ojczyznę, a raczej w kategoriach placu zabaw na swoim osiedlu czy ścieżki rowerowej, „nowi mieszczanie”, mający w swoim słowniku takie słowa jak „wolność”, „równość”, „racjonalność”, „otwartość”, „ekologia”*, nie mają nic wspólnego z resentymentem, bo resentyment to wroga lemingom prawica. Brakuje jeszcze sprzątania psich kup, gdyż jako żywo jest to zajęcie godne Nietzscheańskiej płowej bestii, czyli… polskiego leminga.
Dla porządku warto wszak dodać, że Makowski ma rację – prawica jest owładnięta resentymentem, choć jest to nieco inny resentyment, niż resentyment lemingów. Tym niemniej obydwie jego odmiany mieszczą się w nietzscheańskim pojęciu.
Ze względnie nową formą obrony gryzoni wystąpił Jacek Żakowski. Zrazu na antenie radia TOK FM delikatnie zaatakował lemingi, że nie chodzą, nie manifestują etc. W chwilę potem na Gazeta.pl pojawił się list niejakiej Anki (Czego pan Żakowski ode mnie oczekuje?), dokonującej lemingowo-słoikowego coming outu, która wyrzuciła publicyście, że ona na żadne tam manifestacje chodzić nie będzie, bo nie po to się uczyła i pracowała, żeby teraz spędzać czas na barykadzie. Żakowski zaczął się tłumaczyć!
Zakładając, że autorką listu jest prawdziwa Anka mieszkająca w którymś z dużych polskich miast, pracująca na spłacanie kredytów i wożąca słoiki od rodziców, nie chciałbym przesadzić z krytyką. Tym niemniej rzeczywiście jest ów list manifestem programowym polskiego leminga, który tylko w części – jak chcieliby jego apologeci – jest „nowym mieszczaninem” czy „nowym konserwatystą”. Mnie zdaje się być kolejną fazą rozwoju człowieka masowego. Dlatego zestawimy list Anki z bliskim skądinąd Żakowskiemu Ortegą y Gassetem.
Anka pisze:
Dla mnie ważna była ustawa o związkach partnerskich, która została, przepraszam za słowo, zwyczajnie olana. Chciałabym jakiejś sensownej reformy służby zdrowia i systemu ubezpieczeń, chciałabym, żeby w Polsce normalnie funkcjonowały szkoły, żeby łatwo było oddać dzieciaka do publicznego żłobka czy przedszkola, żeby politycy zrozumieli, jak strasznie ważne jest inwestowanie w naukę. Ale tego nikt nie oferuje. Nikt o tym nie mówi. I ja po prostu nie rozumiem, czego pan Żakowski ode mnie oczekuje. Naprawdę mam iść na barykady? Bronić honoru Narutowicza? Orientacji seksualnej Marii Konopnickiej? Ludzie serio, nie widzicie, że to brzmi, jak żywcem wyjęte z Gombrowicza? Zastanówcie się proszę, kto Wam dał prawo, żeby obrażać ludzi, którzy po prostu chcą normalnie żyć, w cywilizowanym, europejskim, fajnym kraju. Bo to się da w Polsce zrobić. Tak, owszem, można w Polsce całkiem fajnie żyć. Wystarczy wyłączyć telewizor i przestać Was słuchać.
Dla mnie ważna była ustawa o związkach partnerskich, która została, przepraszam za słowo, zwyczajnie olana. Chciałabym jakiejś sensownej reformy służby zdrowia i systemu ubezpieczeń, chciałabym, żeby w Polsce normalnie funkcjonowały szkoły, żeby łatwo było oddać dzieciaka do publicznego żłobka czy przedszkola, żeby politycy zrozumieli, jak strasznie ważne jest inwestowanie w naukę. Ale tego nikt nie oferuje. Nikt o tym nie mówi. I ja po prostu nie rozumiem, czego pan Żakowski ode mnie oczekuje. Naprawdę mam iść na barykady? Bronić honoru Narutowicza? Orientacji seksualnej Marii Konopnickiej? Ludzie serio, nie widzicie, że to brzmi, jak żywcem wyjęte z Gombrowicza? Zastanówcie się proszę, kto Wam dał prawo, żeby obrażać ludzi, którzy po prostu chcą normalnie żyć, w cywilizowanym, europejskim, fajnym kraju. Bo to się da w Polsce zrobić. Tak, owszem, można w Polsce całkiem fajnie żyć. Wystarczy wyłączyć telewizor i przestać Was słuchać.
Zgadzając się z częścią poglądów przedstawionych przez Ankę, oddajmy głos Ortedze y Gassetowi (który pisze o wieku XIX, i który zapewne złapałby się za głowę nad trafnością swoich prognoz, gdyby dane mu było zobaczyć wiek XXI):
Tak więc cywilizacja XIX wieku jest tego rodzaju, że pozwala zwyczajnemu człowiekowi rozsiąść się wygodnie w świecie dostatku, w którym dostrzega on jedynie obfitość środków, pozostając ślepym na trudności i niepokoje. Widzi się otoczony wspaniałymi narzędziami, dobroczynnymi lekarstwami, mądrą organizacją państwa, wygodnymi przywilejami. Ale zupełnie nie zauważa trudu, jakiego wymaga wynalezienie tych narzędzi i lekarstw, a także zapewnienie ich dalszej produkcji; nie dostrzega kruchości równowagi, na której opiera się organizacja państwa i nie czuje się do niczego zobowiązany. Owa jednostronność widzenia powoduje u niego zafałszowanie świata, niszczy jego żywotny rdzeń, pociągając za sobą utratę kontaktu z samą istotą życia, które jest absolutnym zagrożeniem, radykalną niepewnością(2).
O tym, że jest przekonują się zapewne młode koleżanki i koledzy Anki z Syrii, Egiptu, Palestyny, Białorusi, opozycjoniści z Rosji. Może to też takie lemingi słoiki, które chciałyby się zajmować placem zabaw dla swoich dzieci. A może przynajmniej chcieliby stać się lemingami.
Po liście Anki Żakowski przeprasza, choć oddajmy mu sprawiedliwość, pozostaje przy swoim stanowisku. – Lemingi, brońcie się nim wszyscy wyginiecie, chciałoby się sparafrazować Kaczmarskiego, ale nikt nie ginie, przynajmniej u nas w Polsce.
W ogóle ta perspektywa przepraszania lemingów za to, że świat nie jest taki, jak go sobie wyobrażają (to znaczy w Polsce prawie już jest), jest dla mnie czymś na wskroś ujmującym, co z całym szacunkiem i sympatią dla Jacka Żakowskiego chciałbym podkreślić i za co również chciałbym wszystkie lemingi gorąco i z serca przeprosić.
PS Jak w międzyczasie udało się ustalić, Jarosław Makowski posłużył się resentymentem w ujęciu Maxa Schelera, co zmienia postać rzeczy i nakazuje zweryfikować pewne tezy mojego tekstu. Zrobię to jednak w osobnym wpisie, aby nie zaciemniać obrazu sytuacji.
________________________________________
*„Ekologia”, która - jak mi się zdaje - oznacza dla lemingów czystość we własnym otoczeniu, przy akceptacji rabunku zasobów naturalnych, dzięki którym to zasobom życie lemingów przebiega w szczęściu, dobrobycie i "ekologicznej" czystości.
*„Ekologia”, która - jak mi się zdaje - oznacza dla lemingów czystość we własnym otoczeniu, przy akceptacji rabunku zasobów naturalnych, dzięki którym to zasobom życie lemingów przebiega w szczęściu, dobrobycie i "ekologicznej" czystości.
(1) F. Nietzsche, Z genealogii moralności, przeł. L. Staff, Kraków 2003 r.
(2) J. O. y Gasset, Bunt mas, przeł. P. Niklewicz, Warszawa 2002.
(2) J. O. y Gasset, Bunt mas, przeł. P. Niklewicz, Warszawa 2002.
