Traf chciał, że początek mojego blogowania na NaTemat.pl zbiega się z energiczną krytyką niedzielnej Manify. Oto z lewa do prawa, wszyscy, którzy mają coś do powiedzenia w publicznej debacie, usiłują zignorować i sprowadzić do absurdu motywy przewodnie tegorocznej imprezy feministek: rozdział państwa od Kościoła oraz krytykę futbolowego „EUROentuzjazmu”. Cóż, nie jest to temat, od którego zamierzałem zaczynać bloga, ale nie jest to również temat najgorszy.

REKLAMA
Zaczęło się niedzielnym rankiem w TVN 24 gdzie prowadzący program zwrócił zaproszonej feministce uwagę, że w „Polsce jeszcze nikt nie wygrał z Kościołem”, więc dlaczego niby one, feministki chcą wygrać! (w tym miejscu nie będziemy polemizować z tą tezą). Wieczorem, w tej samej stacji, Tomasz Nałęcz udowadniał, że panie kochają futbol i nie widział związku sytuacji kobiet z trwonieniem pieniędzy na stadiony. W antyfeministycznym zdziwieniu z Nałęczem łączył się jego polityczny przeciwnik, poseł PiS Witold Waszczykowski. Oburzenie na pozbawione jakiegokolwiek związku z rzeczywistością postulaty feministek wyrażano potem na wszystkich możliwych kanałach i portalach, a w poniedziałek uczestniczki Manify dobijano w prasie.
Czy rzeczywiście postulaty feministek są tak infantylne i nieracjonalne, jak chcieliby ich krytycy? Czy wyrażają poglądy niewielkiej części społeczeństwa?
Perspektywa państwa wyznaniowego ma dla kobiety szczególny wymiar. Jednym z nich, na pewno nie jedynym, jest wymiar wychowania dzieci, kosztów i wysiłku, który się z tym wiąże. Zabiegane i przepracowane matki posyłające dzieci do szkół i przedszkoli z są jednej strony oszołomione determinacją Kościoła i państwa w przerabianiu ich pociech na pożądaną modłę, z drugiej nie mogą pojąć, dlaczego to gorliwe i sumienne państwo nie jest w stanie zapewnić im niemal żadnego wsparcia we wszystkich praktycznych kwestiach wychowania i rozwoju dzieci. Sięgnijmy po najprostszy przykład. Opieka logopedy w szkole kosztuje, za lekcje religii płaci państwo (czyli my). Podobnie jest w przypadku opłat za przedszkole, świetlice, posiłki. Niemal każda, nawet najbardziej rozmodlona matka, zaczyna się zastanawiać, czy część tych „religijnych” środków udałoby się przeznaczyć na coś, co im i ich dzieciom jest naprawdę potrzebne.
Nawet tak wydawałoby się racjonalne, głęboko etyczne i wreszcie pragmatyczne postulaty jak hasło OSZCZĘDZAĆ POWINNI WSZYSCY, które podnosiła tegoroczna „Manifa” jest obśmiewane. Miliardy wydane na organizację piłkarskich mistrzostw okazują się być kroplą w morzu, ale dopłata do przedszkola w wysokości 200-300 zł miesięcznie od każdego rodzica jest niezbędna dla bytu państwa, podobnie jak wydłużanie wieku emerytalnego i dziesiątki innych mniej lub bardziej ukrytych obciążeń. Kobiety z Manify jakoś łączą te fakty, ale łączy je w Polsce wielu ludzi, zmęczonych pracą ponad siły, życiem od pierwszego do pierwszego, przytłoczonych powiększającym się społecznym rozwarstwieniem. Płeć nie ma tu żadnego znaczenia. W tym sensie, tegoroczne „manifki” stanęły w obronie nas wszystkich, choć – jak się wydaje – same nie do końca zdają sobie z tego sprawę.
Nie jest również prawdą, jak chcą krytycy postulatów Manify, że Polacy (kobiety i mężczyźni) dzielą się na entuzjastów EURO 2012 i takich, którym „jest to doskonale obojętne”. Myślę, że nawet wśród zagorzałych kibiców (mężczyzn) znajdziemy takich, którzy zastanawiają się, po co i dlaczego za ich pieniądze wybudowano Wieżę Babel w centrum Polski i dziesiątki innych wież na terenie całego kraju.
W tym kontekście intelektualną nierzetelnością, którą można feministkom zarzucić, jest obarczanie winą za szaleństwo EURO 2012 „samczych instynktów”, gdy tymczasem jest to perfekcyjna emanacja mocy i możliwości (a raczej ich braku) polskiego społeczeństwa składającego się w równej części tak z kobiet jak mężczyzn.
„Manifki” bardzo dobrze odczytały symboliczny wymiar EURO 2012, ale nawet jeśli tylko takie były ich intencje, nie wyrażają jedynie oburzenia niewielkiej grupy kobiet. Społeczeństwo powoli zaczyna być zmęczone zbiorowym wysiłkiem, narzucanym mu przez nieponoszących jakichkolwiek konsekwencji polityków. Już niebawem zmęczenie to odezwie się również w tych paniach i panach, którzy tak ochoczo szykują się na oglądanie piłkarskiej imprezy. Natomiast klerykalny, kosztowny sos, zaczyna ciążyć w zupełnie praktycznym codziennym wymiarze życia, tak dobrze znanym kobietom.
Jak się okazało te dość oczywiste związki między podarowywaniem pieniędzy Kościołowi i trwonieniem ich na przekraczającą nasze możliwości imprezę, są zupełnie niedostrzegalne z perspektywy poselskich ław, prezydenckich kancelarii i redaktorskich biurek. Dobrze, że widzą je feministki i dobrze, że pomaszerowały dla nas wszystkich.