Wybór nowego papieża obserwowałem z niekłamaną przyjemnością natury estetycznej. Lubię rozmach, epickość i odrobinę patosu, a we wszystkie te cechy wyposażone są watykańskie wydarzenia. Wynik mnie nie zaskoczył, ponieważ nie mam zielonego pojęcia, kto jest kim w Watykanie. Niekłamane zdziwienie wywołała natomiast rzecz z pozoru nieistotna, a jednak sporo mówiąca o czymś, co określiłbym mianem "wyczucia" mediów.

REKLAMA
Oto okazało się, że polscy komentatorzy i publicyści uznali, iż papież Franciszek jest postacią „mało charyzmatyczną”. Nie chciałbym przytaczać w tym miejscu słownikowych definicji pojęcia, czy opisywać kontekstu w jakim pojawia się, na przykład, u Maxa Webera, ponieważ każdy może sobie tę wiedzę odszukać. Mimo to intuicje rodzimych dziennikarzy i publicystów wydają mi się błędne. W dzień wyboru zobaczyliśmy bowiem Jorge Bergoglio jako faceta spokojnego, wyluzowanego, stroniącego od przesadnych gestów, który do wiernych zwraca się słowami „dobry wieczór”. To buonasera było szczere, bezpretensjonalne i… charyzmatyczne. Tłum na placu Świętego Piotra chyba to wyczuł. Celowo używam słowa „facet”, bo kimś takim, człowiekiem z krwi i kości, zdaje się być Bergoglio. Abstrahuję od dokonań i przeszłości nowego papieża, po pierwsze dlatego, że ich nie znam, po drugie nie wydają się w rozważanym kontekście najistotniejsze.
Media inaczej – papież nie grzeszy charyzmą, lub nią nie błyszczy itd. itp. Zastanawiam się zatem, kto – w mniemaniu publicystów – ma lub miał charyzmę. Batman? Madonna? Mick Jagger? Józef Stalin? Adolf Hitler? Barack Obama? Lech Wałęsa? Pewnie tak, ale – próbując zrekonstruować ten sposób myślenia – już nie Dalajlama, Mistrz Yoda czy choćby św. Franciszek (a przynajmniej nasze wyobrażenie o nim).
Może oglądaliśmy inne widowisko, może to ja nic nie rozumiem, a może charyzma to jednak za trudne słowo. Coraz więcej pojęć zdaje się nas jako społeczność przerastać. Zjawisko to wydaje się być wprost proporcjonalne do wzrostu poczucia humoru opartego na fizjologii i ułomnościach fizycznych.
Patrząc z jeszcze innego punktu widzenia, trudno oprzeć się wrażeniu, że dla sporej części Polaków jedyną zrozumiałą formą charyzmy jest (skądinąd niewątpliwa) charyzma Jana Pawła II. Innych przejawów „daru” nie potrafimy i nie chcemy rozpoznać.