Telewizja Polska, działając przez chwilę w ramach misji, wyemitowała kilka dni temu obraz „Chłopiec w pasiastej piżamie” ("Boy in the Striped Pyjamas", 2008). Sytuacja przedstawiona w filmie, stanowiącym adaptację książki Johna Boyne pod tym samym tytułem, jest całkowicie nierealna, nie oto wszak chodzi.
REKLAMA
Nawiązana przez ogrodzenie obozu zagłady przyjaźń chłopca żydowskiego i niemieckiego doprowadza do tego, iż mały Niemiec przedostaje się na jego teren i w zamieszaniu ginie w komorze gazowej ze swoim żydowskim przyjacielem. Ojcem niemieckiego chłopca jest komendant obozu. Prosty przekaz nie może jednak dotrzeć do wszystkich.
W kwestii naszego polskiego stosunku do Holokaustu zawsze najbardziej uderzał mnie ów brak empatii (wobec rozmiarów i kształtów zła słowo empatia razi swoją powierzchownością), niemożność postawienia się na miejscu jakiejś wyimaginowanej żydowskiej rodziny, która doświadcza mordowania dzieci na oczach rodziców, rodziców na oczach dzieci, albo ginie splątana w ostatnim beznadziejnym uścisku w komorze gazowej. Tonięcie w pseudohistorycznych rozważaniach, kto jest temu winien, w miejsce współczucia, które i tak może być jedynie formalnością.
Tej „empatii” nie są w stanie wykrzesać z siebie nie tylko tak zwani prości ludzie, ale również „osoby wykształcone na stanowiskach”. Stąd przy każdej dyskusji o Holokauście, czy to w pociągu, przy niedzielnym obiedzie, czy w Internecie oklepane już – Wasze ulice, nasze kamienice, Hitler nie miał nic do Polaków i w zasadzie to zrobił dużo dobrego zakończone sakramentalnym i retorycznym pytaniem o żydowskich komunistów mordujących Polaków.
Są to te tragiczne chwile, kiedy w blasku dnia, w atmosferze pokoju i spokoju, czuje się, jakby do domu mieli za chwilę wejść esesmani, którzy na naszych oczach wykonają wyrok. Chwile, w których trzeba się wstydzić za swoich bliźnich. Normalnych, eleganckich, często wykształconych i oczytanych, posiadających swoje dzieci i wnuki ludzi, których wyobraźnia jest zbyt uboga, aby mogła ich umieścić wraz z bliskimi w komorze gazowej.
Mimo upływu lat i wielości doświadczeń, zawsze jest dla mnie szokiem i zawodem, kiedy otaczający mnie ludzie ujawniają ów fatalny symptom. Kiedyś wdawałem się z niektórymi ze znajomych w jałowe i emocjonalne spory na ten temat. Dzisiaj, obserwując ich z wózkami i dziećmi na ręku, godzę się, iż nigdy nie zrozumieją, że chłopiec w pasiastej pidżamie jest także ich dzieckiem. Najprawdopodobniej nie zrozumieliby tego również w dniu, kiedy to przed ich domami pojawiałyby się ciężarówki wyładowane żołnierzami. Zło jest rzeczywiście zbyt banalne.
