Kultura tworzona przez mieszkańców dużych polskich miast pogrąża się w narastającej obsesji rugowania ze stosunków społecznych wszelkich przejawów zła, a przynajmniej tego, co sama postrzega jako zło. Jest to bardzo pojemny worek i wszystkiego w nim po trochu: braku ścieżek rowerowych, niedostosowania szkół dla sześciolatków, kiboli, śmierdzących ludzi w tramwajach, psich kup po zimie, a ostatnio… otrzęsin.
REKLAMA
Jest to kultura morderczego pozytywizmu prawnego, aseptycznej higieny oraz natrętnej celowości (o poprawności politycznej nie wspominając). Każdy plugawy czyn, a jako takie postrzegane są przede wszystkim wykroczenia i pospolite przestępstwa, musi w nim zostać należycie osądzony i ukarany. Każdy brudek usunięty. Musi być czysto, ładnie i poprawnie. Konteksty, podteksty i niejasności muszą zostać zniesione i wyjaśnione. Przekaz jednoznaczny. To dobre, a to złe. Dobre to, co wytworzyliśmy w naszych miastach-twierdzach, złe wszystko co na zewnątrz, co jeszcze nie zostało poddane obróbce. Wszystko musi mieć w tym świecie swój cel, a jeżeli w jakimś działaniu nie ma celu, to jest ono stratą czasu.
Kultura ta rozprzestrzenia się niczym wirus. Dołączają do niej małe miasteczka wokół „metropolii”, które chcąc upodobnić się do „Warszaw” i „Krakowów”, radośnie wyżynają stare drzewa, betonują ścieżki i (oczywiście)… sprzątają psie kupy. Z poprawnością polityczną jeszcze nie jest tu najlepiej. Z jednej strony to prawie wieś, z drugiej ciągle silne rządy Kościoła, który - w takim ujęciu – jest symbolem „dawnego” chaosu. Na prowincji poprawność polityczna nie została jeszcze przepracowana, ale i to się przecież zmieni.
W malowniczy sposób obsesje te przedstawiał zmarły niedawno gigant fantastyki Ray Bradbury. U Bradbury’ego świat przyszłości to świat koszmaru dobra. Świat czystej śmierci, świat bez opowiadań Edgara Allana Poe i braci Grimm (jako zbyt drastycznych), świat bez grobów, zabójstw, odorów, fajerwerków, cyrków, duchów, kościotrupów i wydrążonych dyń. Świat, w którym jedyny policyjny radiowóz (więcej ich nie potrzeba) zamyka przechadzającego się w listopadową noc przechodnia, ponieważ jego spacer jest działaniem pozbawionym celu, a przez swoją bezcelowość nieakceptowalnym. Jak można przypuszczać, w świecie tym nie byłoby również miejsca na otrzęsiny, podczas których dochodzi do różnych obscenicznych wybryków.
Tyle tylko, że to do tego świata uciekają dzieci podczas podróży w czasie urządzonej im przez szkołę przyszłości. Przynajmniej tak to wygląda u Bradbury’ego. A jak to będzie u nas?
***
***
I to by było na tyle z moich refleksji nad przypadkiem „otrzęsin u salezjanów”, powodowanych nie tyle samymi otrzęsinami, co którąś z kolei lekturą opowiadań Bradburyego*. Bezwzględnie je Państwu polecam.
_______________
*R. Bradbury, K jak kosmos, Warszawa 1978.
_______________
*R. Bradbury, K jak kosmos, Warszawa 1978.
