Niemal codziennie Internet i niedobitki mediów tradycyjnych ożywają batalią pomiędzy zwolennikami wizji człowieka jako syntaktycznej maszyny, która poradzi sobie w życiu bez bagażu wiedzy encyklopedycznej, a zwolennikami semantycznej wizji człowieka, którzy podnoszą, iż człowiek bez pewnego zasobu znaczeń, nie jest w stanie rozwinąć umiejętności logicznych i komunikacyjnych. Po raz kolejny nie mogę sobie darować coraz bardziej niezdrowej przyjemności skrytykowania tych pierwszych.

REKLAMA
Ich wyobrażenie człowieka to wizja czegoś w rodzaju logiczno-komunikacyjnej maszyny, która po wejściu do Internetu, przy pomocy swojego smartphone’a będzie wiedziała jak odnieść się do rzeczywistości i jak się z nią skomunikować, bo to właśnie w Internecie odnajdzie znaczenia. Znaczenia, których z niewiadomych przyczyn nie powinno się uczyć w szkole. W szkole – powtórzymy ten niemiłosierny frazes – dzieci mają się uczyć logicznego myślenia i umiejętności komunikacyjnych i broń Boże niczego nie zapamiętywać. W drastycznej wersji nie muszą zapamiętywać nawet praw logicznych, bo przecież te prawa również znajdą w Internecie (zapisali je tam ludzie uczący się znaczeń). Absurd ten jest całkowicie oczywisty, bo przecież nawet gołe prawo logiki czy matematyki posiada swoje znaczenie.
Mój tekst jest naturalnie polemiką z Alexem Barszczewskim, który we wpisie Co z tą wiedzą? twierdzi m.in. że:
Znajomość takich oderwanych faktów i definicji (jak w oglądanych przeze mnie kawałkach MTB), szczególnie poza zakresem tego, co robimy ma dość ograniczone znaczenie, któremu wielu ludzi kształconych w tradycyjny sposób przywiązuje zbyt wiele wagi.
Zamiast tego warto jak najszybciej poprawić własne kompetencje w takich zakresach jak:
• Podstawowe umiejętności komunikowania z innymi ludźmi – „leżą” u większości Polaków
• Podstawowe umiejętności korzystania z różnych źródeł informacji i logicznego jej przetwarzania – jak wyżej
• Podstawowe umiejętności w nawiązywaniu i utrzymywaniu relacji z ludźmi różnymi od nas samych – „leżą” jak wyżej
• Umiejętność podejmowania decyzji i działania w warunkach niekompletnych, niepewnych oraz ciągle zmieniających się danych – dla wielu ludzi to jest całkowita abstrakcja.
W zasadzie autor w swoim wywodzie pominał tylko ostatni z mitów (żeby nie użyć słowa „zabobon”) zwolenników człowieka-maszyny tj. mit szkodliwości zasady "zakuć, zdać zapomnieć".
Jest weekend, więc podobnie jak Alex Barszczewski, nie będziemy się rozpisywać. Z przywołanych przez niego postulatów, tylko pierwszy jest prawdziwy. Pozostałe zakładają to, co dopiero ma być udowodnione. Zakładają mniej więcej coś takiego, że człowiek może korzystać ze źródeł informacji i logicznie je przetwarzać nie posiadając uprzednio żadnych informacji. W ten sposób zamieniają człowieka w zwykły komputer. Ale komputer ani drgnie bez wyposażenia go w oprogramowanie. Każdy wie, że nawet sam system operacyjny nie wystarczy i że dopiero wprowadzenie doń wiedzy (czyli czegoś uporządkowanego przez ludzki umysł) sprawia, iż możemy zeń korzystać*. Bez tego oprogramowania, komputer może być tylko ładnym meblem. Człowiek, może być tylko ładnym człowiekiem.
Przykład z własnego podwórka. Na sali rozpraw mamy po przeciwnych stronach dwóch prawników. Jeden z nich perfekcyjnie obsługuje oprogramowanie prawnicze, ale nie ma pojęcia o treści przepisów i orzecznictwa. Drugi nie ma pojęcia o programach prawniczych, ale ma wykuty na blachę kodeks i orzecznictwo. W trakcie rozprawy sąd popełnia błąd proceduralny, który profesjonalny pełnomocnik powinien mu wytknąć, żeby móc się nań później powoływać. Obkuty prawnik zareaguje natychmiast, znawca oprogramowania co najwyżej będzie gorączkowo grzebał w komputerze, i szukał jakiż to błąd popełniono. Oczywiście o ile w ogóle zareaguje, ponieważ najprawdopodobniej w ogóle nie rozpozna znaczenia sytuacji.
Powyższa zasada obowiązuje w pełni w każdym innym fachu: lekarza, mechanika samochodowego, programisty, ale obejmuje również dużo prostsze czynności. Jest to ten moment, który Barszczewski określa mianem: Umiejętność podejmowania decyzji i działania w warunkach niekompletnych, niepewnych oraz ciągle zmieniających się danych. Otóż właśnie w tym miejscu potrzeba jest wiedza, której nie znajdziemy w Internecie (a nawet jeśli ją znajdziemy, to nie zdążymy przetworzyć w rozsądnym czasie). Pomijam zabawny błąd, jakoby Internet był czymś w rodzaju jabłek rosnących na drzewie albo powietrza, którym oddychamy.
Barszczewski rozwija swoje myśli w ten sposób:
Encyklopedyczna znajomość faktów i definicji w znakomitej większości przypadków nie jest żadnym z nich, a już na pewno nie w zakresie „odpytywanym” w obejrzanych przeze mnie filmach!!
Jeszcze słowo o dobrych rozmowach. Dobra rozmowa, wbrew temu co uważa wiele osób, wcale nie musi oznaczać wzajemnej wymiany posiadanych w głowie faktów i definicji (bo o tym mówimy). Pomyślmy o ile ciekawsze są rozmowy, podczas których wymieniamy się np. pomysłami czy odczuciami. Wiem, że z tymi ostatnimi sporo mężczyzn ma problem kompensując go właśnie wymianą faktów i „danych technicznych” :-), ale może właśnie dlatego warto to jak najszybciej poprawić? Tej umiejętności, szczególnie w komunikacji z płcią piękną nie da się nadrobić żadnymi encyklopedycznymi definicjami :-).
Oczywiście, że nie musi, ale dlatego też niezwykle szybko się kończy. Najczęściej w tym momencie, kiedy ustalimy, czy chcemy iść na piwo czy na wódkę. No może trochę później, kiedy rozmówcy wyrażą swoje odczucia na temat smaku piwa i mocy mocniejszych alkoholi. Mam poczucie, że właśnie tak wyglądają rozmowy ludzi wyzutych ze znaczeń, anafor, metafor, wiedzy historycznej, geograficznej, wiedzy o kulturze itd.
Również emocje i uczucia, bez osadzenia ich w znaczeniach zamieniają się w emocje i uczucia zwierząt. Mój pies cieszy się na mój widok i to jest fajne. Merda ogonem i skacze. Ale to ja potrafię napisać o tym wiersz i ta umiejętność odróżnia mnie od mojego psa. Bez wiedzy, bez semantyki jesteśmy tylko maszynami, a raczej kimś gorszym od maszyn. Człowiek wyobcowany z semantyki to humanoid. Podatny na manipulację, nierozumiejący siebie i innych, a przez to skłonny do okrucieństwa. Są to zresztą takie oczywistości, że wspominając je ma się poczucie daleko idącego zażenowania.
Jeżeli narzekamy na brak zrozumienia ze strony urzędników, lekarzy, polityków itp. to być może narzekamy na semantyczne braki tychże i ich praktyczne konskekwencje. Innymi słowy, być może chodzi o ich zbyt wąską specjalizację, do której tak intensywnie zachęcają publicyści, blogerzy i inne osoby odgrywające jakąś rolę w publicznej debacie.
Intencje Barszczewskiego są zapewne szlachetne. Pokutuje w nich, jak mi się zdaje, duch szlachetnego dzikusa Jana Jakuba Rousseau. Sam spór to w znacznym stopniu kwestia estetyki i pewnego rodzaju przekory. Człowiek i jego możliwości adaptacyjne są wypadkową tak wielu czynników, że nie sposób pominąć żadnego z nich, jeżeli chcemy tego człowieka pojmować całościowo. A jednak pogląd, jakoby mógł on być czymś w rodzaju syntaktycznej maszyny nauczonej komunikowania się wydaje mi się z gruntu fałszywy.
W mojej ocenie, aktywna promocja tego poglądu wiąże się fundamentalnie z obecnym kryzysem i swoistą dekadencją w jakiej pogrążony jest świat. Nie wiadomo tylko, czy jest owej dekadencji skutkiem, czy przyczyną.
Erudycyjna wiedza nie jest panaceum na bolączki ludzkości, to oczywiste. Istnieją erudycyjni okrutnicy i miłosierni nieucy. A jednak ta neurotyczna chęć ograniczania istotowych możliwości człowieka budzi zdziwienie jako rodzaj intelektualnego i pragmatycznego masochizmu. Mówimy przecież o zasadzie, która ma rządzić społeczeństwem.
______________________
* Jest to oczywiście daleko idąca przenośnia.