Zaproszenie księżnej z Bliskiego Wschodu uważam za najjaśniejszy punkt tegorocznego Kongresu Kobiet. Literalne piękno przeobraża się w metaforę. Baśń tysiąca i jednej nocy rozgrywa się na naszych oczach. Zadaniem odbiorcy jest odnalezienie różnic między baśnią prawdziwą, a utopijną. Pierwszą z nich jest ta, że baśń prawdziwa koresponduje z rzeczywistością. Utopia funkcjonuje bez obciążeń.
REKLAMA
Liderki ruchu chcą się postrzegać, jak można się domyśleć po lekturze apologetycznych tekstów w mediach, jako liberałki. Jednak im dłużej przypatrywać się feministycznej idei w jej polskiej odmianie, tym silniejsze wrażenie, że jest kolejną metamorfozą marksizmu, z tym że posiada wszystkie jego wady, nie korzystając z żadnej z zalet. Bodaj największą z nich był przecież sumienny i prawidłowy opis rzeczywistości społecznej.
Nasze feministki żyją w marksizmie rozerwanym, w którym jedyne, co pozostało do ukształtowania, to świadomość społeczna. Postulat ten z grubsza rzecz biorąc odnosi się wyłącznie do mężczyzn, gdyż kobiety są już bytami w pełni ukształtowanymi (codziennie dowiadujemy się, że są lepiej wykształcone, zdolniejsze i – co najciekawsze – bardziej empatyczne i miłosierne). Jeżeli na polski feminizm spojrzymy z tej perspektywy, to niepoprawny żart Janusza Piechocińskiego nabiera innego wymiaru, choć – jako żart – został okrzyknięty kolejna formą „chamstwa”. Utopie bez wyjątku nie akceptują ironii, żartu i przenośni.
Tym, co najbardziej zadziwia w polskim feminizmie (nie śledzę postępów ruchu na świecie, ale zakładam, że niewiele się różnimy do Zachodu, a w pewnym sensie jesteśmy również na tym gruncie zapóźnieni), jest sumienne ignorowanie doświadczenia i rzeczywistości społecznej. Ta ostatnia jest przede wszystkim rzeczywistością gospodarczą. Ideolożki nie przyglądają się jej w najmniejszym stopniu i – nie będzie to chyba zbytnią przesadą – wiele z nich dobrze się czuje w tak, a nie inaczej ukształtowanych stosunkach produkcji. Z pewnością chciałyby pomóc siostrom znajdującym się na samym dnie ekonomicznej drabiny, ale żeby to zrobić musiałyby zanegować pokraczną formę wolnego rynku, w jakiej przyszło nam – ludziom XXI wieku – funkcjonować. Tego z oczywistych względów zrobić nie mogą. Te, które przebiły szklany sufit, nie czują się zobowiązane wobec pozostających w niewoli sióstr. Życie jest na to zbyt piękne. (Tak, wiem, że na Kongres przyjechało wiele kobiet z prowincji.)
Dlatego feministkom pozostaje grzebanie przy świadomości i nakładanie na nią kolejnych łańcuchów, określanych mianem wolności. Tymczasem w świecie Zachodu (Wschód i Południe to jednak odrębne tematy, do których nie stosują się wszystkie tezy niniejszego wpisu) żadna kobieta nie byłaby niewolnicą, gdyby nie pozostałości zniewolenia ekonomicznego. Problem w tym, że temu ostatniemu podlegają wszyscy i miast zanikać, przy znaczącym udziale kobiet niewątpliwego sukcesu, nieustannie się ono poszerza.
Przezwyciężenie ekonomicznego zniewolenia (naprawdę, nie da się tego określić inaczej) pozwoliłoby wolnej kobiecie Zachodu na opuszczenie swojego psychopatycznego, stosującego przemoc partnera wraz z zastosowaniem odpowiedniego gestu na pożegnanie. Ale jest coś, co wiąże silniej niż patriarchat, dominacja i niedostatecznie wykształcona wolna wola. To fatalne położenie ekonomiczne zwane potocznie biedą. Biedą, którą liberałki bądź to ignorują, bądź stosują jako ilustrację do bajki o złym mężczyźnie.
Bodaj najlepszą przykładem empirycznej ignorancji, jest dopatrywanie się źródeł gorszej pozycji kobiet w nieprawidłowo skonstruowanym ustawodawstwie czyli, trzymajmy się Marksa, w nieprawidłowej nadbudowie. Na łamach gazety Aleksandra Klich pisze: Bez złudzeń: nie da się złapać równowagi między rodziną i pracą. Ale mamy prawo żądać zmiany umowy społecznej w taki sposób, żeby w Polsce było mniej kobiet zapędzonych w życiowy ślepy zaułek. Po pierwsze, powinniśmy stanowczo wymagać od państwa, by stworzyło system ułatwień i zabezpieczeń oraz nacisków na pracodawców. Po drugie, zmieniać mentalność, wypleniając patriarchalizm z głów mężczyzn i kobiet. To główne zadania feminizmu (Feministk, wróć do domu, A. Klich, gazeta.pl). To z pewnością są główne zadania feminizmu, ale również kwintesencja utopii – jakże sumiennie można ignorować fakt, iż tysiące Polek i Polaków pracujących na umowach śmieciowych nie są objęte żadnym urlopem - macierzyńskim, tacierzyńskim, rodzicielskim, wychowawczym czy jak dowolnie je sobie nazwiemy. Na tym gruncie panuje JUŻ pełne równouprawnienie. Wszyscy nie mają nic. Nie ma również wątpliwości, iż za dalsze wirtualne poszerzanie owych „usprawnień”, o których mówią feministki, kobiety (i mężczyźni) zapłacą z własnej kieszeni, w której i tak od dawna wieje wiatr.
Agnieszka Kublik idzie jeszcze dalej. Kublik dopatruje się źródeł niewielkiego przyrostu naturalnego w Polsce w nierównouprawnieniu. Zdaniem Kublik, przyrost się powiększy, jeżeli państwo ułatwi pogodzenie pracy zawodowej z wychowywaniem dzieci i pomoże się kobietom w pracy (np. elastyczne godziny pracy, żłobki, przedszkola, rozbicie szklanego sufitu, kwoty, parytety), i w domu (np. urlopy tylko dla ojców). (Po pierwsze równouprawnienie, konserwatywni głupcy!, A. Kublik, gazeta.pl) Idąc tym tokiem myślenia należałoby przypuszczać, iż kraje fundamentalistycznego islamu, Indie, Chiny i kraje afrykańskie są ostoją równouprawnienia i mają prawidłowe prawodawstwo. Klasyczny przypadek radzieckiego uczonego badającego muchę.
Oczywiście są feministki, które dostrzegają opisane wyżej prawidłowości. Jedną z nich jest Agnieszka Graff, która, cytuje za A. Klich, twierdzi iż: Feminizm niepostrzeżenie dla samego siebie stał się maszyną do podziwiania pojedynczych kobiet sukcesu i obsługiwania neoliberalizmu. Powracamy w świat baśni, w której Szecherezada jest tą, której się udało. Ale co z innymi?
Współczesny feminizm to dziecko marksizmu, które w wyniku działania wirusa przejęło po swoich rodzicach tylko niewielką część materiału genetycznego w postaci quasi-religijnej wizji zbawienia dla wybranych (w tym przypadku kobiet – w marksizmie zbawienie obejmowało również mężczyzn) i wiary, że stosunki społeczne zmienią się dzięki zmianie świadomości. Mentalny i ekonomiczny kryzys, w jakim pogrąża się świat, sugeruje, że taka przemiana nie jest możliwa. Marks i Engels byli jednak zbyt rzetelni, co pozwala sądzić, że ich inteligencja nie obraża żadnych stworzeń.
