Opór, jaki pojawił się w polskim społeczeństwie w związku z tzw. ubojem rytualnym, nie miał nic wspólnego z antysemityzmem czy antyislamizmem. Polakom, niestosującym tych wspaniałych obrzędów, do głowy nie przyszło, żeby wiązać sprawę uboju z religią, żydami czy muzułmanami, co było poniekąd zadziwiające, bo na co dzień nie są tak dobrze nastawieni do obydwu mniejszości.
REKLAMA
Nie było bowiem w Polakach takiej "epistemologii", takiego schematu pojęciowego, który dziś nam nam się wmawia.
Zadziałały, na szczęście, zupełnie inne instynkty i uwarunkowania, na czele z na wskroś zdrowym dystansem do państwa jako takiego i zwykłym ludzkim miłosierdziem. Okazało się, po prostu, że Polacy nie kupują wszystkiego, co im się podsunie. W szczególności nie kupują niegodziwości ukrytych pod pięknymi nazwami. Tak, jak klika lat temu nie kupili „moralnej rewolucji IV RP”, tak teraz nie kupili bajki o tym, że zabijanie zwierząt w niczym nie uzasadnionych męczarniach ma coś wspólnego z religią. Jeżeli była jakaś kalka tego sprzeciwu, to było to sprzeciw przeciw polityce nakierowanej na zysk i stojącego za nim konkretnego (tym razem rdzennie polskiego) ugrupowania.
Przyznam szczerze, iż do tej pory nie jestem w stanie otrząsnąć się ze tej na wskroś zdrowej, szlachetnej reakcji, która pojawiła się w skali masowej i połączyła ekooszołomów, prawicowców, lewicowców, katoli, ateistów etc. Przyjemnie było oglądać zjednoczonych Polaków. Co więcej, mam cień nadziei, że Polacy przez chwilę poczuli to zjednoczenie*.
Ale każda akcja powoduje reakcję. W kilka dni po głosowaniu, prawny zakaz bestialskich praktyk łączy ich zwolenników, którzy budują tyleż płytkie, co karkołomne argumenty, mające wykazać krótkowzroczność i ślepotę społeczeństwa. W „ostrych jak nóż rzeźnika” analizach zjednoczyła się hipsterprawica, oświecona lewica i religijni fundamentaliści. I znowu to samo – jak to, nie obchodzi Was los karpi i zwierząt mordowanych na polowaniach?! W jakiejż moralnej zgniliźnie się taplacie!
Ale to nieprawda, że nie obchodzi. W okresie wigilijnym widuje się coraz więcej karpi transportowanych w torebkach sumiennie wypełnionych wodą, a i wobec polowań akceptacja jest coraz mniejsza. Świadomość społeczna, mozolnie i opornie, ale jednak wzrasta i robi się coraz pojemniejsza. Nie dajmy sobie zatem sprzedać kolejnej bajki, jakoby odrzucenie odpychających praktyk było li tylko infantylną emocją, czy zbiorową halucynacją.
Co do wszelkich zarzutów opartych na wymogach religijnych powtarzam to, co pisałem wielokrotnie w ostatnich tygodniach. Sprowadza się to do pytania, jakim typem umysłowości i wrażliwości należy się legitymować, żeby sadystyczny i osobliwie perwersyjny system przemysłowego mordowania zwierząt w obrotowych klatkach łączyć z religią? Czyż nie działają tu te same instynkty, które istotową ludzką inteligencję i przemyślność zaprzęgały przez setki lat do budowy machin śmierci w postaci gilotyn, garot, szubienic oraz nieograniczonego instrumentarium przedmiotów służących do zadawania nieludzkich cierpień… człowiekowi?
Nie dajmy sobie wmówić kolejnej bajki, że nasz sprzeciw wobec tych praktyk był wymierzony w żydów czy muzułmanów, bo nawet najbardziej zaangażowani w sprawę aktywiści, podkreślali, że sprzeciwiają się przemysłowemu ubojowi rytualnemu (który jest pojęciem wewnętrznie sprzecznym), ale są w stanie zaakceptować ograniczony ubój nieprzemysłowy na potrzeby wspólnot. Nie zmienia to faktu, iż owe wspólnoty również powinny poddać swoje działania osądowi Rozumu. Na "ulicy" jak rzadko nie było słychać dobrze znanego antysemickiego skowytu, chociaż - niestety - ma on szansę pojawić się wtórnie.
Ludzie dobrej woli natomiast, którzy w zdrowym moralnym odruchu odrzucili niegodziwość, nie powinni roztrwonić tej debaty i tego kapitału. Będzie to niezmiernie trudne zadanie, bo podobne moralne zrywy (choć nie sposób odmówić im autentyczności) nie mają charakteru trwałego i – rzeczywiście – mogą funkcjonować jak lek na uspokojenie. Tymczasem pojawiła się szansa, aby sprawę losu zwierząt w sposób naturalny, nieegzaltowany, wprowadzić do społecznej debaty.
Pierwszą walką jaką przyjdzie stoczyć, będzie – niestety – dalsza walka o „ubój rytualny”. Już dziś nie ma wątpliwości, iż pojęcie to pojawi się w publicznej debacie na tej samej zasadzie, na której funkcjonują w niej aborcja, in vitro i prawa mniejszości seksualnych. Żywię poważne obawy, czy obrońcom praw zwierząt uda się wyrwać z tej tyleż symbolicznej, co na wskroś jałowej retoryki. Wielka praca przed Wami. Nie! Wielka praca przed nami. Wiadomo, że zwolennicy uboju nie odpuszczą.
Polska odrzucając „ubój rytualny” znalazła się przez chwilę w awangardzie postępu i nowoczesności. Postępu i nowoczesności rozumianych nie jako poprawność polityczna i „lewackie” fanaberie, ale jako wynik połączonego działania rozumu i miłosierdzia. Czegoś, co jest jednocześnie humanizmem i autentyczną religijnością, niekoniecznie związaną z takim czy innym Bogiem, a już na pewno niezwiązanego z czyimś cierpieniem. Nie dajmy sobie tego odebrać.
__________________________
*Najciekawszym elementem tego zjednoczenia było poparcie, jakiego udzielili obrońcom praw zwierząt zwykli ludzie. Zazwyczaj postrzegają tych pierwszych jako "ekooszołomów", a tym razem tak nie było. Analogia sojuszu inteligencji i robotników, jaki był niegdyś naszym udziałem i który ucieleśnił się w "Solidarności", idzie pewnie zbyt daleko, ale nie nie wydaje się zupełnie od rzeczy.
*Najciekawszym elementem tego zjednoczenia było poparcie, jakiego udzielili obrońcom praw zwierząt zwykli ludzie. Zazwyczaj postrzegają tych pierwszych jako "ekooszołomów", a tym razem tak nie było. Analogia sojuszu inteligencji i robotników, jaki był niegdyś naszym udziałem i który ucieleśnił się w "Solidarności", idzie pewnie zbyt daleko, ale nie nie wydaje się zupełnie od rzeczy.
