Jest już późno i nie powinienem pisać bloga, bo mam milion innych rzeczy do napisania, a spać się chce. Aż tu w sukurs przychodzi mi Mateusz Grzesiak z tekstem o długim i wymownym tytule „Narzekactwo, hejterstwo i pieniactwo, czyli o polskich demonach przeszłości”. Kolejna odsłona krytykanctwa polskości i Polaków, tym razem ufundowana na psychologii. Znakomita pobudka, za którą Mateuszowi Grzesiakowi jestem wdzięczny osobiście i w imieniu organów, do których trafią moje pisma.

REKLAMA
Dyskredytowanie Polaków i polskości (cokolwiek przez nią rozumieją dyskredytujący) powoli staje się czymś przechodzonym i coraz to nudniejszym, ale czasami, jak w tym przypadku, pojawiają się intrygujące modyfikacje. Tym razem nie tyle ze względu na treści, co specyficzny entuzjazm w tej polskiej autokrytyce, która po ostatniej akcji malowania orła na różowym tle zdawała się przygasać. Treści są już dobrze znane. Jesteśmy narodem cierpiętników, zawistników, kombinatorów i koniunkturalistów. Mateusz Grzesiak ilustruje swój przesycony fałszywą świadomością (w sensie marksowskim) wywód znakomitymi skądinąd dowcipami. Poza tym poruszamy się w praktycznie niestrawnym wysokoprocentowym roztworze stereotypów dotyczących polskości. Autor nie pominął w zasadzie żadnego z nich.
Adam Michnik powiedział kiedyś na łamach „Wyborczej” (cytuję z pamięci więc mogę przekręcać), że Polacy są na tyle krnąbrni, że nigdy nie dopuścili, aby ich rękami dokonała się jakaś wielka historyczna niegodziwość. Że zawsze zachowywali pewien zdrowy dystans do wszelkich rewolucji (również tych, które chcą być moralnymi rewolucjami, a pewnie wszystkie chcą), że – mówiąc innymi słowy – nie kupowali wszystkiego, co im podsuwa pod nos, a nierzadko przecież im podsuwano. Wada okazywała się być zaletą. Podobnie jest w innych przypadkach.
Prawdę mówiąc, nie bardzo wierzę w te wszystkie dusze i charaktery narodu. Jak mi się zdaje psycholog jeszcze mniej powinien w nie wierzyć, ale skoro już Mateusz Grzesiak wierzy, to pozostańmy w tej historiozoficznej poetyce i próbujmy dyskutować z argumentami oklepanymi w tym samym stopniu, co zima zaskakująca drogowców.
Jednym z zarzutów Grzesiaka jest nieufność Polaków wobec państwa. Czy jest to zła cecha, to możemy sobie odpowiedzieć patrząc na ufnych Niemców i Rosjan*, których rękami i niczym niezmąconą wiarą w państwo dokonywały się hekatomby dwudziestego wieku. Nieufność wobec polityków, jak mogę się domyślić, Grzesiak wrzuciłby do tego samego worka, ale czy jest to niezdrowa cecha to można polemizować na tym samym zresztą gruncie. Nierzadko w historii świata zdarzało się, że to nieufność ratowała nas przed katastrofami. Warto rzucić rzucić okiem na amerykańskie myślenie o państwie i patriotyzmie, żeby dostrzec nie polski przecież dystans patriotów do własnych rządów, który zresztą w ostatnim czasie zdaje się przygasać ze wszystkimi tego skutkami, ale to już inny temat.
Bajania o polskich kompleksach są już tak nudne, że jeszcze nudniej się do nich odnosić. Że są to bajki (w złym znaczeniu słowa „bajka”) to widać już choćby po tym, że ten dziedziczący kompleksy po wychowanych w „komunie” rodzicach Polak z uporem maniaka rozwija swoje biznesy, konkuruje z europejskimi potęgami, dokonuje ekwilibrystycznych sztuczek, żeby przetrwać na rynku, gdzie większą część jego dochodów pożera państwo. Czy narzeka? Pewnie tak, ale idzie z uporem muła dalej i nie poddaje się. Ci, którzy nie narzekają, dawno wyjechali pracować i żyć za granicą. Wielu z nich wygnały z Polski "demony", o których pisze Grzesiak.
Wreszcie problem bogactwa. Rzekomego resentymentu Polaków wobec bogaczy, popartego niekończącymi się badaniami psychologów i socjologów oraz „podważania prawomocności porządku społecznego”. Można być zdeklarowanym ateistą, ale coś się kryje za tym wielbłądem i uchem igielnym. Pieniądze, szczególnie duże pieniądze zmieniają ludzi nie zawsze na dobre. Przez setki lat mieliśmy odwagę o tym mówić, aż kapitał wpadł na pomysł, żeby winą za biedę obarczyć biednych.

Wróćmy jednak do Polaków tu i teraz. Polacy nie zazdroszczą bogaczom bogactw. Zastanawiają się tylko, jak urabiając sobie ręce na śmieciówkach utrzymać siebie i dwójkę lub trójkę dzieci za dwie (a najczęściej jedną) płacę minimalną. Jak spłacić kredyty i oddać to, co pożyczyli od innych miesiąc wcześniej. Bogacze obchodzą ich tylko ze względu na własną biedę, bo nijak nie mogą powiązać tych dwóch porządków. Przy bogatych oni też powinni się bogacić. Myśli tak zapewne wielu ludzi na świecie, ale doświadczenie pokazuje, że jest inaczej. Nie ma to nic wspólnego z polskością, a raczej z - mającą walor powszechny - chciwością. Wolny rynek w swojej obecnej formie (wolny dla dużych, mniej wolny dla średnich i małych) ma swoich leninowskich "pożytecznych idiotów", którzy pod każdą szerokością geograficzną stoją na straży merytokratycznego mitu, w którym bogacz zdobywa swe bogactwa talentem i ciężką pracą, a biedak... sam jest sobie winien. Z pewnością istnieją tacy bogacze, ale istnieje również tłum spryciarzy, których jedynym talentem jest umiejętność nadzorowania niewolników wolnego rynku, wymagająca nie tyle specjalnych talentów, co braku zahamowań natury etycznej i emocjonalnej. W tym kontekście to nieustannie kopanie polskości staje się tylko metamorfozą nieustającej teodycei "wolnego" rynku, wielce na polskim gruncie użyteczną.
Ów „prawomocny porządek społeczny” ufundowany na merytokratycznym micie jest dziś podważany na całym świecie - w niektórych miejscach nawet nieco intensywniej niż w Polsce. Polacy nie zazdroszczą innym Mercedesów (czy innych tam wyznaczników luksusu), tylko zastanawiają się dlaczego nie mogą sobie kupić niczego nie biorąc tego na kredyt, który najprawdopodobniej będą spłacać jeszcze ich dzieci, potem dzieci ich dzieci i tak w nieskończoność.
Moja skromna wiedza psychologiczna do owego „pozytywnego” pobudzenia, jakie głosi Mateusz Grzesiak, pozwala się odnieść jedynie bardzo pobieżnie. Mogę się mylić, ale zdaje mi się, że ów „pozytywizm" myślenia i działania (będący jakimś nieudanym dzieckiem pozytywizmu filozoficznego) został już nieco podkopany na gruncie czysto psychologicznym, a jego skutki w wymiarze jednostkowym często okazują się fatalne. Polacy nie myślą „pozytywnie”, ale – dzięki swojemu romantyzmowi – mimo wszystko są optymistami. "Pozytywnie" nastawieni Grecy i Hiszpanie zdają się dzisiaj mieć nawet większe kłopoty niż polscy ponuracy.
Podsumowując, bo jest już naprawdę późno. Polacy to twardy naród, ciężko doświadczony przez historię. Nie poddają się i walczą do końca. Nie wierzą w słowa i obietnice. Są nieufni wobec władzy, ale potrafią bronić czegoś, co na roboczo nazwałbym naturalnymi prawami człowieka przed zakusami totalitarnej i autorytarnej władzy. Wierzą w prymat prawa na państwem, choć doświadczenie nieustannie uczy ich, że jest odwrotnie. Ale i ten stan rzeczy znoszą dzielnie. Nie załamują się i to na ich dzielności został zbudowany sukces gospodarczy Polski. Czasy kryzysu znoszą lepiej, niż inne narody, właśnie dlatego, że nigdy nie wierzyli w bajki i życie na kredyt. A że lubią przy tym narzekać. Pewnie tak i jest, ale to nasza naturalna psychoterapia, która pozwala z podniesioną głową iść przez życie i historię, nie czyniąc krzywdy sobie i innym (a przynajmniej nie takiej krzywdy, jak inne, bardziej pragmatycznie i "pozytywnie" nastawione narody).
W zasadzie można by się pobawić w psychoanalizę tej polskiej autoagresji, ale pacjent musiałby chcieć. Może się również okazać, że jest to po prostu sposób spędzania wolnego czasu pozostający nie tyle w obrębie psychologii, co stylu życia. A to już domena magazynów lifestylowych. Kryje się w tym sposobie myślenia jakaś tragiczna niekonsekwencja, bo jego piewcy przeważnie wkładają wiele wysiłku w burzenie innych stereotypów, szczególnie tych które odnoszą się do różnego rodzaju mniejszości, pracowicie budując stereotyp Polaka cierpiętnika, który - przy czym obstaję - jest tylko nieco lepiej poinformowanym optymistą.
Pozostaje skonstatować, że gdyby z mojej skóry diabeł zażyczył zrobić sobie płaszcz, chciałbym znaleźć odwagę, aby rzucić się na diabła (choćby z widelcem), a gdyby pokonanie go okazało się niemożliwie (co jest wysoce prawdopodobne), podziurawiłbym materiał na diabelski płaszczyk. Współczuję tym, którzy pomogaliby mu w zdjęciu miary.
___________________
* Oczywiście nie wszystkich Niemców i Rosjan, ale skoro bawimy się w uproszczenia...