S. Lem, Dziury w całym, Wydawnictwo Znak, Kraków 1997

Tak się składa, że dzisiaj rano zupełnie przypadkowo zabrałem na drogę zbiór felietonów Stanisława Lema „Dziury w całym”. Wieczorem, dzięki „Fejsowi”, dowiedziałem się, że mija dziś dziewięćdziesiąta druga rocznica urodzin wybitnego pisarza i myśliciela oraz – mam nadzieję, że śp. Lem się nie obrazi – jednego z naszych najlepszych od wielu lat towarów eksportowych.

REKLAMA
Nie przywiązuję szczególnej wagi do rocznic, ale to przypadkowe sięgnięcie po „Dziury w całym*” odczytałem jako znak, że należy wspomnieć o Lemie i jego „Dziurach”. Książeczka trochę się zestarzała, ale właśnie to zdaje się być jej największą zaletą jako niezwykłym zapisem obaw technologicznego humanisty (za to określenie Lem pewnie by się trochę obraził) końca XX wieku.
Lem obawia się wielu rzeczy – inżynierii genetycznej, Internetu, amerykanizacji życia w Europie i Polsce, odchodzenia od papierowych książek, zbyt szybkiego wdrażania nowych technologii. Jest w tym odrobina resentymentu i zgorzknienia, trochę naiwności. Odwaga młodego pisarza pozwalająca mu niegdyś na trafne przewidywanie przyszłości, zostaje zastąpiona zwątpieniem i niemożnością akceptacji świata, który już dzieje się na jego oczach.
Lem ma tego świadomość. – Czasem się zastanawiam –pisze – w jakiej mierze troski moje i zmartwienia światem są wynikiem mojej starości, w jakiej zaś obiektywnie uwarunkowane pogarszającą się sytuacją. Przez to wszystko przebija się jednak prawda o rzeczach, których dziś już nawet nie rozważamy, gdyż są one tak normalne jak smartphone leżący koło mnie na biurku.
Dla autora niniejszego bloga najbliższe z tych Lemowych prawd są te, które przedstawiają taki chociażby Internet jako „spełnienie komunikacyjnych marzeń”, które jednak, „jeśli idzie o treści, już się trochę komplikuje”. Te, które dotyczą metamorfozy prawa własności ulegającego pewnej „amplifikacji i przerostom”, a przede wszystkim te, które opisują nadchodzącą apokalipsę – eskapizm, odrzucenie autentycznej problematyki sensu i egzystencji, erozję zakazów, deskolaryzację, bezosobowe nauczanie przez komputery, hekatombę afrykańskich słoni i nosorożców, infantylizację społeczeństw i wreszcie bombę demograficzną, która okaże się gwoździem do trumny dla naszego nieszczęsnego gatunku.
Przypomina się również Lem jako postać niepozbawiona pewnych sprzeczności. Myślenie jego miało niedialektyczny charakter, a jednak dostrzegał - jak się zdaje - jego granice. Niedialektyczność ową warto zilustrować anegdotą, którą Lem przytacza, opisując radzieckie prace nad bombą atomową. Nawiasem mówiąc - pisze - były i zamachy marksistowskie na fizykę teoretyczną. Gdyby się powiodły, to Sowieci zamiast bomby atomowej, mieliby co najwyżej olbrzymie, fałszowane ogórki. No, ale ktoś tam przyszedł do Berii i powiedział, że w dziedzinie nuklearnej trzeba przestać być dialektycznym materialistą.
Z jednej strony ateista, którego ateizm jakby uginał się pod ciężarem ogromu Wszechświata. Z drugiej strony twardy przeciwnik permisywizmu napływającego do nas z Zachodu (przynajmniej tak to postrzegał). Z trzeciej wreszcie obrońca tradycyjnego modelu szkoły, w której uczy się wszystkiego. Czyli mniej więcej ktoś taki, którego nikt do końca dzisiaj by zaakceptować nie mógł. Ani polscy rozgorączkowani teiści, ani zwolennicy rozwiązłości "nowego mieszczaństwa", ani różnego rodzaju orędownicy "wiedzy zbędnej". Jeśli nawet to czynią, to pod niekwestionowanym ciężarem twórczości Lema.
Jak można przypuszczać, wiele z literackich i filozoficznych pomysłów autora "Solaris" (których przecież nie traktował jako wizje czy proroctwa) zapewne jeszcze się ziści. Czy to dobrze, czy źle, to już czas pokaże. Póki co wspominamy Lema na Blogu Apokaliptycznym. Nie może Go tutaj zabraknąć.
__________________
* S. Lem, Dziury w całym, Wydawnictwo Znak, Kraków 1997