Emocjonalna dyskusja o pedofilii w Kościele oparta jest na kilku nieporozumieniach. Po pierwsze, w odniesieniu do duchownych mało kto rozumie istotę i grozę języka, jakim się posługują. Po drugie w dyskusji tej miesza się winę w sensie moralnym, psychologicznym i prawnym (podobnie jak wiele innych kategorii i pojęć). Po trzecie wreszcie postać pedofila staje się użytecznym narzędziem ekskulpacji. Ostatecznie robi się z tego dyskusja o prawie. Bezowocna, bo podporządkowana ideologii.
REKLAMA
Język, jakim część ludzi Kościoła mówi o pedofilii, to nie jest język tego świata. To język conradowskiego Jądra ciemności. Człowiek gdzieś tam w dziczy dziczeje w sposób konieczny. Od tego nie ma wyjątków. Gorący klimat, samotność tropików. W jądrze ciemności wykorzystywanie dzieci jest tym samym, co głowy dzikich nabite na tyczkach przed domem pułkownika Kurtza. Jest to coś normalnego, co za tym idzie wszelkie publicystyczne próby opisywania tegoż świata przez ludzi, którzy na co dzień negują jego istnienie, skazane są na porażkę. Stąd tandetne rozróżnienie na winę bądź jej brak. Tu nie idzie o winę, ale o konieczność.
Konieczność jest oczywista, a ciemność wszechobecna. Jeżeli ktoś słucha, to pod językowymi lapsusami usłyszy krzyk rozpaczy. Ten język nie bierze się znikąd. Ten język to język uczestników zbrodni, którzy przestali wierzyć w jej istnienie. Zbrodnią jest tylko to, co nie jest ich światem. Odcięci od spraw zwykłych ludzi, ze zduszonymi pragnieniami, rzeczywiście proszą o pomoc. Ale tej nikt nie może im udzielić. Nie ma żadnego łącznika między światami. Nie możemy zrozumieć pułkownika Kurtza, więc jedyne co nam pozostaje to racjonalizacja zbrodni, ubieranie jej w z gruntu fałszywe „winien – nie winien” i szukanie prostych lekarstw – kara, odszkodowanie, pomoc psychologa, dobro dzieci. Jeżeli coś niewiele kosztuje, to wcześniej czy później (raczej wcześniej) znajdzie poparcie.
Jeśli idzie o politykę karania, to współczesne społeczeństwa stają pod ścianą. Z jednej strony nauka mówi, że nikt nie jest winien niczego, z drugiej odzywają się atawizmy łaknące zemsty. I zemsta wygrywa. Nie ma użyteczniejszej figury winnego jak pedofil. Nie może z nim konkurować nawet gwałciciel. Pedofil staje się dla społeczeństwa laleczką voodoo. Wbijanie igieł nie przekłada się w sposób znaczący na funkcjonowanie świata, ale ani państwo, ani stojący za nim politycy nie potrzebują niczego więcej. Każdy, kto uczestniczy w tym procesie, może liczyć na niereligijną formę odkupienia.
Owszem, możemy urządzić pedofilowi proces, ale będzie to proces maciory z Falaise. Po odpowiedniej dawce męki, kiedy zwierzę zawiśnie już na gałęzi, doznamy oczekiwanego katharsis. Aż do następnego razu. Spektakl ma tę zaletę, że można go powtarzać bez końca.
Jeżeli jest jakiś pożytek z dyskusji, to może taki, że niebawem również Kościół dostrzeże, iż dłużej tego szaleństwa utrzymywać niepodobna. Zniesienie celibatu i prawdziwe otwarcie może być już kwestią lat, nie dziesięcioleci. Ktoś musi wydobyć pułkownika Kurtza z jądra ciemności. Dla wielu jest już za późno.
