Każde szanujące się wprowadzenie do filozofii zaczyna się od prezentacji stołu. Na przykładzie tego banalnego przedmiotu tłumaczy się czytelnikowi zagadnienia poznawcze. Skąd wiem, że stół istnieje? Czy istnieje, kiedy na niego nie patrzę? Czy jest jasnobrązowy, gdy pada nań światło, czy czarny, kiedy gaśnie? Podobne wprowadzenie do filozofii robią Polakom przeciwnicy referendów. Różnica jest taka, że zamiast stołu do wykazania niepewności poznania używa się referendum.

REKLAMA
Przeciwnicy referendów, owszem, zgadzają się, że referenda są potrzebne. Podnoszą jednak, że nie sposób sformułować pytania referendalnego w sposób zrozumiały. Problem przecież w tym, że jeden rozumie pytanie tak, a drugi inaczej. Jeden wie, co to Unia Europejska i wstąpienie do niej, drugi ni w ząb! Jeden wie w ogóle, co to referendum, drugi nie ma o tym zielonego pojęcia. Nie wiadomo nawet, czy referendum to wybory – na referendach znakomicie omawia się również zagadnienia filozofii języka! Część ludzi znajdzie drogę do lokalu wyborczego, tfu! – referendalnego, część trzeba tam prowadzić za rękę, miotają się bowiem po mieście niczym bohaterowie „Mgły” Stephena Kinga.
Ten nurt referendalnego sceptycyzmu, znakomicie prezentuje Wojtek Szacki na łamach „Polityki”*. Jak odpowiedzieć na pytanie – pyta – „Czy jesteś za przywróceniem w liceach ogólnokształcących pełnego kursu historii oraz innych przedmiotów?”, skoro nie wiadomo, co to jest „pełny kurs historii”? Jakie są te „inne” przedmioty? Też nie wiadomo.
W ogóle nic nie wiadomo. Nie masz bowiem większych sceptyków, niż przeciwnicy referendów. Sceptycyzm Szackiego idzie dalej. Autor dostrzega z całą wyrazistością, jakież schody czekają nas, kiedy już na referendum ktoś pójdzie (nie zgubi drogi, długopisu, znajdzie kartę do głosowania i urnę, rozpozna w lustrze samego siebie i swoją żonę, porówna swoje oblicze z obliczem w należącym doń dowodzie osobistym etc).
Referendum będzie wiążące – kontynuuje Szacki – jeśli frekwencja przekroczy 50 proc. Załóżmy, że tak się stanie i że większość głosujących będzie za likwidacją gimnazjów. Co dalej? Referendum nie zastępuje ustawy. Ustawa nakłada natomiast na „właściwe organy” obowiązek „podjęcia czynności w celu realizacji wiążącego wyniku referendum przez wydanie aktów normatywnych” – i to w ciągu 60 dni. Przepis niejasny jak pytania w referendum; kłopot z interpretacją mają nawet konstytucjonaliści. […]
Przytaczam te obszerne fragmenty nie po to naturalnie, żeby pastwić się nad Wojtkiem Szackim, a jedynie po to, aby wykazać, iż jest coś tajemniczego w naszej wyborczej teorii poznania i działania. Jeśli idzie o referenda Szacki nie jest bowiem odosobniony. Oto, kiedy idzie o „normalne” wybory, nikt nie kwestionuje możliwości poznawczych wyborców, istnienia wyborów i przedmiotów z nimi związanych. Urn wyborczych, komisji, lokali oraz skutków całej tej procedury. Zakłada się na przykład, że wyborcy znają wybieranych (choć w istocie rzeczy jest to założenie idące dalej, niż założenie, że ktoś rozumie pytanie referendalne). W jakiś czas po wyborach do sejmu zjeżdżają się posłowie i każdy siada we właściwej ławie. To nawet działa.
Nic podobnego nie dzieje się w przypadku referendum. Nie możemy sformułować ani pytań referendalnych, ani przeprowadzić referendum, ani – nawet jeżeli jakimś cudem się to uda – podjąć jakichkolwiek działań po jego skutecznym przeprowadzeniu.
Referendalny sceptycyzm neguje najpierw możliwości języka (nie ma takiego pytania, które byśmy zrozumieli), następnie istnienie referendalnych podmiotów i przedmiotów poznania, kończąc na prakseologicznej niemożności zaistnienia realnych zmian w świecie w wyniku referendum.
Zakładając naturalnie, że ten ostatni w ogóle istnieje. Może przecież być i tak, że tekst stanowiący punkt wyjścia moich rozważań, pod znamiennym nadtytułem Ratuj maluchy, czyli fikcja referendalna istnieje jedynie w mojej głowie. Podobnie jak jego autor i podobnie jak butelka i smak zacnego cydru stojącego na moim biurku podarowania mi dzisiaj przez przyjaciela. Może, czy nie może?
Przeciwnicy referendów podnoszą również, że referenda (prócz wątpliwości poznawczych, językowych, ontologicznych i prakseologicznych) są kosztowne. Fakt faktem. Obserwacja stołu nie kosztuje prawie nic. Demokracja – owszem. To różni przeciwników referendów od autorów wprowadzeń do filozofii.
PS Zagadnieniem z zakresu socjologii, psychologii i antropologii filozofii jest na przykład, dlaczego Szwajcarzy, a być może i inne nacje, nie wykazują podobnego sceptycyzmu. Przekracza ono jednak ramy niniejszego tekstu.
_____________________________
*W. Szacki, Ratuj Maluchy, czyli fikcja referendalna. Ratujmy rozsądek, Polityka.pl.

.