Dopóki Ruch Palikota nie zdobył bastionów Wiejskiej, mówiło się, że polska scena polityczna jest zabetonowana. Mało kto jednak zastanawiał się nad czymś poniekąd ważniejszym – zabetonowaniem wspólnej przestrzeni informacyjnej. Przyjmując ostatnie za prawdę, należy wyrazić radość, że pojawiło się „Na Temat”.
REKLAMA
Zaistnienie nowego medium może być wartością samą w sobie, ale za „Na Temat” przemawiają inne, zupełnie konkretne okoliczności. Przede wszystkim w ramach portalu mamy do czynienia z realną różnorodnością poglądów. Czołowe redakcje trzymają się „swojej linii” i nie mogą tego zmienić pozorowane debaty we własnym gronie. Pluralizm tabloidów również daje się sprowadzić do wspólnego mianownika.
„Na Temat” konfrontuje i zestawia odmienne poglądy W SPOSÓB REALNY, co najprawdopodobniej wynika z faktu, iż poglądy te prezentowane są przez ludzi będących nierzadko specjalistami w swoich dziedzinach, za którymi przemawia doświadczenie życiowe, osobiste sukcesy i porażki. Również politycy jako blogerzy są tutaj jacyś bardziej ludzcy. Wszystko to razem wzięte daje poczucie autentyczności i jest po prostu wciągające. Są to pewnie sprawy banalne i niewarte wspominania, ale cech tych zdają się być pozbawione dotychczasowe centra publicznej wymiany poglądów.
W tym miejscu należałoby pochylić się nad losem dziennikarza lub redaktora owej redakcji o ugruntowanej pozycji, która pretenduje lub uważa się za takie informacyjne centrum wymiany. Dysponując niezwykle wybiórczym doświadczeniem i wiedzą, rzucony na szerokie wody musi on/ona radzić sobie ze sprawami, o których, co do zasady, nie ma zielonego pojęcia: ekonomią, prawem, medycyną, ekologią , polityką i całą resztą ludzkiej wiedzy. Wychodzi to bardzo różnie – od wieczornych gadających głów, w których pytania zadawane przez redaktorów sprowadzają się do: no ale jak to było? dlaczego pan nie wiedział? to pan nie wie?, do umoralniających tyrad na temat piratów drogowych, kiboli, zimy zaskakującej drogowców, opóźnień w budowie dróg i tym podobnych koszałków-opałków.
Straszliwą cechą owych medialnych monolitów jest uciekanie się we wszystkich możliwych sprawach do opinii ekspertów, których krąg jest zresztą zawężony. Prowadzi to do monstrualnych paradoksów. Z jednej strony wprowadzanie ich na scenę daje poczucie fachowości, z drugiej pogłębia rozdźwięk między zdrowym rozsądkiem, a poglądem zaserwowanym na tacy przez duet redaktor – ekspert. Natura tego procesu jest niemalże magiczna i niezwykle trudna do uchwycenia, prowadzi jednak do informacyjnej porażki i pogłębiającego się bełkotu.
Jakość publicystycznego komentarza przytłacza swoją niedojrzałością . O ile „młodym” można dać jakieś fory, to nad „starymi” nie można już mieć litości. Ci „starzy” piszą i wypowiadają się niejako na zamówienie, choć w kontekście wewnętrznych sprzeczności ich poglądów nie bardzo wiadomo, kto miałby być zleceniodawcą. Tym, co razi szczególnie w formułowanych ex cathedra myślach, jest oparcie ich na ślepej wierze w świat uporządkowany, przewidywalny i statyczny. Świat, w którym za takimi pojęciami jak prawo, demokracja, moralność, międzynarodowy porządek czy wolny rynek kryją się realne byty, sprawne struktury i wspólne wartości. Pogłębiający się chaos zdaje się być dla tych skostniałych grup zupełnie nieuchwytny i niepoznawalny. Wyjątki od tej reguły istnieją, są jednak nieliczne. Wydaje się, że – póki co – „Na Temat” nie wpadło w te przerdzewiałe tory i zachowało, dzięki różnorodności, zdrowy rozsądek potocznie zwany chłopskim rozumem.
Aktywna wymiana poglądów, będąca fundamentem portalu, pozwala również na przezwyciężenie braku elementarnej kultury logicznej, definiującego przestrzeń informacyjną. Być może uczestnicy „Na Temat” nie są jakimiś „super logikami”, ale mają przynajmniej możność na bieżąco wytykać sobie co bardziej rzucające się w oczy brednie. Powiązanie komentarzy z Facebookiem chłodzi emocje, choć nie na tyle jednak, żeby ktoś komuś nie przyłożył. Osobiście, w żywej dyskusji nic mnie bardziej nie cieszy. Emocje, pasja, zaangażowanie i wiedza blogerów są już tylko smacznym dodatkiem do całości.
Być może uznanie Państwo, że przesadzam dzieląc świat na ten "sprzed" i "po" „Na Temat” i być może będziecie mieli rację. Portal zapewne nie odmieni świata – sama nazwa mojego bloga sugeruje, że to niemożliwie. Ma jednak szansę uczynić go odrobinę znośniejszym. Innymi słowy – „Na Temat” daje pocieszenie, a to już coś!
