Z telewizora dowiedziałem się, że nie przytulałem się z moimi kolegami w późniejszych klasach szkoły podstawowej (stanowiącej dzisiaj tak zwaną gimbazę), gdyż kulturowo zostałem ukształtowany jako mężczyzna. Co prawda lektura publicystyki równościowej uświadomiła mnie już, że nie ma nic zdrożnego w przytulaniu mężczyzny przez mężczyznę (w zasadzie twierdziłem tak i przedtem), a jednak nadal nie mam na to ochoty, choć powody są już inne niż w gimbazie, przepraszam, podstawówce.

REKLAMA
Program, o którym myślę rozegrał się na antenie TVN. Pojęcia „rozegrał się” używam całkowicie świadomie, gdyż programy telewizyjne od jakiś dziesięciu lat zbudowane są na prostej zasadzie bitwy pod Zamą. Kartagińczycy muszą przegrać, ale nic się nie stanie, jak przegrają Rzymianie. Tym razem Kartaginką była Małgorzata Terlikowska, a Rzymianką Joanną Piotrowska (podział ten proszę traktować jako całkowicie umowny, ponieważ nie jestem w stanie wskazać, kto reprezentuje tutaj cywilizację, a kto jej przeciwieństwo). Pierwsza jest żoną znienawidzonego przez lewicę katolickiego publicysty, druga autorką podręcznika do projektu tzw. "Równościowego przedszkola" (mogę się mylić w drobnych szczegółach, nie zmienia to istoty sprawy).
Zapis starcia, jeżeli ktoś jeszcze nie widział, można sobie obejrzeć tutaj:
Równość płci od przedszkola, TVN24
Opisując sprawę w poetyce „Gladiatora”, zwracam uwagę, iż nie uważam, jak Anna Dryjańska, żeby walki na antenie były walkami w kisielu. Tu idzie o życie, bo wszelkie życie to walka o gusta. Zdaje się, że napisał to stary dobry Nietzsche, ale za skarby świata, nie mogę sobie przypomnieć, w której ze swoich prac to napisał (pomoc czytelników wielce wskazana). Walka jest tu całkowicie nieprzenośna i na wskroś realna. Na marginesie można zauważyć, iż - jeśli idzie o media - feministki okazały się stuprocentowymi, przepraszam za określenie, dziewicami. Przynajmniej tak wnioskuję po przeczytaniu wpisu Anny Dryjańskiej: Media w kisielu.
Nie uważam również, aby kwestionowanie Małgorzaty Terlikowskiej jako rozmówczyni znajdowało jakiekolwiek (prócz instrumentalnego) uzasadnienie, podobnie jak nie uważam, żeby Dawid Wildstein mógł z tego powodu nazywać feministki „chamidłami” itp. Reakcja była w tym przypadku równie instrumentalna jak akcja. Ale te drobne codzienne instrumentalizmy, są niczym w porównaniu do instrumentalizmu ideologii gender.
Mimo medytacji zen, ćwiczeń yogi, lektury filozofów etc. nie mogę w swym sercu nadać gender rangi obiektywności. Jestem głęboko przekonany, że podobnie jest z wieloma, skądinąd innymi wykształconymi i (już) oświeconymi ludźmi, którzy tego nie potrafią, choć dla świętego spokoju boją się o tym mówić. Chyba sami orędownicy ideologii nie nazywają jej nauką, używając pojęcia „studies”, co – jako jedyne w tym przypadku – świadczy akurat o ostatniej desce intelektualnej przyzwoitości. Ale nie wiem jak jest, ponieważ publicystykę gender czytuję nieregularnie. Jeśli się mylę, to przepraszam.
W tym miejscu z pomocą przychodzi im (i mnie również) Wojciech Orliński, który na jednej stronie maszynopisu wyjaśnia wszystko. Zachęcam do lektury, nie wiedziałem, że to takie proste: Co to jest gender, czyli felieton edukacyjny.
Na szczęście czasami Kartagina wygrywa. Żaden zinstrumentalizowany język „fajności”, „superowości” i innych szczęśliwości nie oszuka matki Natury, która – nawiasem mówiąc – ma nas po dziurki w nosie.
Żal tylko, że niektórych kolegów już nie przytulę. Ale – jak nadmieniałem na wstępie – nie wynika to z nierównościowego wychowania, a z zupełnie innych przyczyn, których Czytelnikowi oszczędzę. Najwyżej będę przytulał innych.