Fot. AG

Wbrew świątecznym malkontentom, lubię i czekam na Boże Narodzenie. Z drugiej strony pewnie nie tylko mnie ogarnia w tym okresie specyficzna nostalgia, brak entuzjazmu, zmęczenie całym długim rokiem. Trochę o tym jest poniższy tekst, który napisałem kilka lat temu i opublikowałem w innym miejscu. Czytelnikom „naTemat” przedstawiam go w nieco zmienionej, zuniwersalizowanej wersji. Wypada jakoś zakończyć ten rok, a nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.

REKLAMA
W estetyce japońskiej funkcjonuje pojęcie mono-no-aware, które tłumaczy się czasami jako „smutek rzeczy”. Ching-Yu Chang* rozważając japońskie pojęcie piękna ilustruje mono-no-aware wierszem:
Więc pijmy i cieszmy się
Nawet trawy i drzewa kwitną na wiosnę
Tylko po to, aby zwiędnąć i zmarnieć jesienią**.
Pojęcie to, nie przymierzając, świetnie pasuje do polskich świąt. Ale zanim ogarnie nas wigilijna melancholia, popadamy w całkowicie niejapońskie „wk...enie rzeczy”. Czym się ono przejawia? Oto napotkana w sklepie z kosmetykami młoda kobieta, żona mężowi, matka dzieciom etc. gotowa była wymierzyć mi kopnięcie obrotowe na szczękę tylko dlatego, że zupełnie nieświadomie zasłoniłem jej szafę z tuszami do powiek. Gdybym, dajmy na to, zasłonił jej ów regał w marcu, kwietniu, maju czy wrześniu nic podobnego nie miałoby miejsca. Przy sprzyjających wiatrach moglibyśmy wymienić zwykłe sklepowe zwroty grzecznościowe i na tym sprawę zakończyć. Dwudziestego trzeciego grudnia lepiej na grzeczność nie liczyć, przy czym proszę mnie źle nie zrozumieć, ja się na tę panią nie gniewam. Zdenerwowanie przed świętami zasługuje na zrozumienie.
Inne rzeczy już trochę mniej. Stoisko rybne przed marketem. Mężczyzna domaga się od sprzedawcy, aby ten wybrał mu karpia, tylko karp „ma być żywy”. Oczywiście „żywy” nie znaczy tu „jeszcze żyjący”, tylko „żwawy”. Sprzedawca trąca ryby drągiem i wybiera któreś z umęczonych stworzeń. Stworzeń, które w ostateczności są stworzeniami bożymi, podobnie zresztą, jak jest nim ów miłośnik żwawej rybki.
Karp przypieczętowuje mój prywatny przedświąteczny smutek rzeczy, ale zanim zacznę się nim na dobre cieszyć, odrobina przedświątecznej głupoty medialnej. Celuje w niej telewizja. Od prezenterek można się dowiedzieć wielu nowych rzeczy, nie tylko zresztą o filmach, które doskonale się zna, ale w ogóle o życiu. Czytelnik (widz) zna zapewne film Grinch, w którym zielony potworek popada w swoisty konflikt z małym miasteczkiem. Grinch nie cierpi świąt, kochają je za to mieszkańcy miasteczka i na tym tle dochodzi do pewnych napięć. Morał – o ile dobrze film pamiętam – jest dość prosty. Grinch nie jest do końca zły, a mieszkańcy Ktosiowa (tak nazywa się miasteczko) nie są – jeśli chodzi o zachowanie Grincha – bez winy. W końcu jednak zasymilują „potwora” i wszystko skończy się dobrze. Po co ja to piszę, przecież morał bajki widać jak na dłoni i nie trzeba specjalnych zdolności, żeby go wydobyć. Cóż, nie w TV! Prezenterka kończy zapowiedź filmu konstatacją: na szczęście nam żaden złośliwy stwór świąt nie zepsuje! I chwała Bogu, dodaję w myśli, wyłączając telewizor.
Potem wigilijny stół, opłatek, choinka, prezenty. Prezenty, których jest tak dużo, że nasze dzieci gubią się w nich, tak jak my gubiliśmy się kupując je w marketach. I smutek, straszny smutek, że to wszystko przecież minie. Że nie da się wiecznie siedzieć przy wigilijnym stole z zamordowanym karpiem, bardziej obojętnymi etycznie pierogami i japońskim, może po prostu ludzkim, mono-no-aware.
Więc pijmy i cieszmy się
Nawet trawy i drzewa kwitną na wiosnę
Tylko po to, aby zwiędnąć i zmarnieć jesienią.
I jeszcze coś. Oby Wam, Drodzy Czytelnicy Bloga Apokaliptycznego, żaden zielony stwór nie sp... świąt!
_______________________________________________
*Ching-Yu Chang, Ogólne pojęcie piękna, przeł. B. Romanowicz, [w:] Estetyka japońska. Antologia, red. K. Wilkoszewska, Kraków 2008.
** Z antologii Man ‘yōshū, za Ching-Yu Chang, Ogólne pojęcie piękna, op. cit.