Zaczynam się obawiać, że część publicystów z lewej strony publicznej debaty nabawiła się takiego blika, że jeśli coś z czymś idzie nie tak, to na pewno jest to wina Kościoła, ludzi Kościoła, religii itd. itp. W swojej istocie blik ten niewiele się różni nie tylko od blika spisku żydowsko-masońskiego, czy obwiniania gender studies o rozpad rodziny, ale również od teorii wybuchu na pokładzie wiadomego statku powietrznego etc.

REKLAMA
Ze szczególnie intensywną zjawisko to pojawiło się w dzisiejszym tekście Cezarego Michalskiego „Apendyks do listu w obronie filozofii”* zamieszczonym na łamach internetowego „Dziennika opinii”. Autor zdaje się twierdzić, że za upadkiem filozofii na polskich uczelniach (względnie początkiem upadku) może stać swoisty monolit światopoglądowy reprezentowany przez polski katolicyzm w wersji klerykalnej, który to monolit skutkuje tym, że nie uczymy filozofii i etyki w szkołach średnich, co w dalszej kolejności owocuje niechęcią dziatwy do studiowania filozofii na poziomie studiów uniwersyteckich.
Idąc tym tokiem myślenia, CM co najmniej sugeruje, iż za podpisaniem listu polskich intelektualistów „W obronie filozofii” przez naukowców z prawej strony debaty politycznej, kryje się pewnego rodzaju nieszczerość i że tak naprawdę jako reprezentanci monolitu opisanego wyżej, to właśnie oni stoją za upadkiem filozofii w wersji świeckiej. A ja – skromny bloger – cieszyłem się, kiedy pod jednym listem znalazłem podpisy Magdaleny Środy i o. Jacka Salija, jednocześnie jako bloger naiwny wierząc w jedność filozofii.
Jak wnioskuję z ostatecznie niedookreślonego stanowiska Michalskiego, gdyby szkolna dziatwa uczyła się etyki i filozofii w szkole (czego konieczność na łamach bloga niejednokrotnie podkreślałem), to popędziłaby radośnie na ŚWIECKIE wydziały filozofii zasilając grupę magistrów filozofii. Ucząc się religii, wprowadzonej do szkół przez (nota bene umiarkowanych) klerykałów podobnych chęci nie nabywa. Jest to oczywiście piękny, niemal kryształowy blik, przy pomocy którego możemy wyjaśnić problem z filozofią (jak i wiele innych polskich problemów).
W poprzednim, nieco zbyt lakonicznym wpisie, zaprezentowałem innego blika, przeciwstawnego blikowi Michalskiego. Tym razem wypada go rozjaśnić. Otóż uważam, że młodzież nie chce studiować filozofii z częściowo tych samych względów, dla których nie chce chodzić na lekcje religii. Być może katolicyzm ma z tym coś wspólnego, ale nie jest to tak proste przełożenie, jakim chce je widzieć Michalski. Myślę, że młodzież ma to po prostu w nosie. Młodzież nie tylko, że nie jest zainteresowana myśleniem nieinstrumentalnym, ale łaknie, niczym wigilijne karpie wolności, umiejętności instrumentalnych: szybkiego i łatwego osiągania wymiernych finansowo celów, przy pomocy okrojonego do granic absurdu myślenia.
W przeciwieństwie do Michalskiego twierdzę, iż tego typu filofobiczne postawy mają swoje źródło w dwóch zjawiskach. Pierwsze z nich to bezwzględne i skrupulatne podporządkowanie myślenia procesom produkcji (ta myśl nie jest ani nowa, ani tym bardziej moja), na które to zjawisko mieliśmy i mamy wpływ ograniczony. Drugie to zmasowane działania edukacyjnych biurokratów, biznesmenów spragnionych korporacyjnego mięsa armatniego, psychologicznych szarlatanów (w odróżnieniu od psychologów) i wreszcie z natury instrumentalnie nastawionych polityków, którzy szybko odkryli, iż na resentymencie mas do „wiedzy zbędnej” łatwo zbija się polityczny kapitał. Choć bardzo byśmy chcieli, katolicki monolit światpoglądowy ma z tym niewiele wspólnego. Więcej, może być tak, iż w swoim jądrze (prawda że zapomnianym) jest jednak ostoją myślenia nieinstrumentalnego.
Mogę się domyślać, że Cezary Michalski zaakceptowałby (przynajmniej częściowo) moje bliki co do postaw filofobicznych. Ostatecznie, blik Michalskiego nie jest całkowicie nietrafiony, choć przypisywana mu waga nadmierna. Co do kluczowej w mojej ocenie instrumentalizacji myślenia, to nie jest ona obca nikomu, nawet filozofom (tym czarnym i tym czerwonym). Michalski przymyka na to oczy, co niestety należy ocenić jako działanie instrumentalne zarzucane (tym razem wyimaginowanym) przeciwnikom.
Truizmem będzie stwierdzenie, że jeśli ktoś ma w sobie tę metafizyczną skłonność, to ani karczma, ani Kościół nie przeszkodzą mu w jej rozwijaniu.
Co do pojęcia blika (a może bliku) to odsyłam czytelnika do linka:
BLIK.
-----------------------------------
C. Michalski, Apendyks do listu w obronie filozofii, "Dziennik Opinii", http:www.krytykapolityczna.pl.