Przyznam szczerze, iż nie za bardzo obchodzą mnie jakiekolwiek podstawy programowe dotyczące jakichkolwiek przedmiotów. Mam jednak poczucie, że w Polsce zmieniają się one dość często. Jak w innych dziedzinach zarządzania państwem, także tu obowiązuje stan permanentnej reformy. Jeżeli dobrze rozumiem cel zmian w nauczaniu historii, to mają one owocować zwiększeniem kreatywności młodych pokoleń, czyli z grubsza tym samym, czym miały owocować poprzednie.
REKLAMA
Nie jestem pedagogiem i psychologiem, ślęcząc jednak nad książkami przez wiele lat poczyniłem szereg spostrzeżeń, z którymi możecie się Państwo zgodzić lub nie. Gdybym miał sprowadzić je do wspólnego mianownika, musiałbym skonstatować, że stworzenie osoby kreatywnej bez oparcia procesu nauki na żmudnym wkuwaniu pogardzanego „materiału pamięciowego” jest zadaniem trudnym, jeżeli nie niewykonalnym. Prócz jednostek wybitnych, których wrodzone talenty wybuchają w wybranych dziedzinach praktycznie bez nauki, fabryka kreatywności, jaką staje się polska szkoła (a stanie się nią jeszcze bardziej) produkuje ludzi…, poszukuję jakiegoś ładnego słowa…, „kontr-kreatywnych”.
Wydaje mi się, że luźne rozmowy na tematy różne skutkują jedynie złudnym poczuciem, że czegoś się nauczyłem i że ogólnie będzie dobrze. To trochę tak, jakby ktoś zaprosił mnie do gry w szachy, ale powiedział na wstępie, że reguły są trudne, trzeba je opanować na pamięć i że tak naprawdę poradzimy sobie bez nich. Dobrym przykładem owej „kreatywności” są pogaduchy serwowane nam przez młodych dziennikarzy na wszelkich kanałach telewizyjnych, na co zwracałem uwagę w poprzednich wpisach. Przykłady te oczywiście mógłbym mnożyć, ale Państwo je znacie i obserwujecie na co dzień.
Nie wiem, jak to jest teraz w szkole, dawno tam nie byłem. Czy tam czyta się jeszcze książki w całości? Jeżeli nie, to może lepiej przestać udawać i w ogóle nic nie czytać. W mojej pracy zawodowej pracuję z bardzo różnymi ludźmi z różnych grup społecznych i muszę stwierdzić, iż duża część młodych ludzi (dzieci „nowego” systemu edukacji) nie potrafi pisać i czytać. Ot, mamy kreatywność! Ludzie starsi, będący dziećmi systemu „starego” w zasadzie – bez względu na środowisko z jakiego się wywodzą – nie mają z tym większych problemów. Przepraszam za trywialne stwierdzenia, ale mam poczucie, iż osobnicy, którzy nie mają wystarczającej styczności z literaturą (a po części również z historią) muszą z konieczności zamieniać się w bestie lub otępiałe, bezwolne zombie. Tym samym „ukreatywnianie” historii jest w swej istocie czymś podobnym do „ukreatywniania” nauki o literaturze i przyniesie – jak się domyślam – podobne skutki.
Być może rację ma Jan Hartman, który w „Wyborczej” mówi: „oświeceniowo-romantyczny pomysł masowego kształcenia na poziomie średnim nie wypalił. Idea powołania wielkiego systemu szkolnictwa, który doprowadziłby masy na próg inteligenckiego wykształcenia i obywatelstwa, jest utopijna. Wiemy to, lecz mocą biurokratycznej inercji brniemy w hipokryzję. Uczymy masy matematyki, choć i tak zostaną z tego cztery działania, na polskim epatujemy dzieci językiem filologii i krytyki literackiej, a i tak większość nigdy nie będzie czytać, latami uczymy historii, a w głowach większości zostanie tylko parę imion i nazw. Masowe wykształcenie jest po prostu biologicznie niemożliwe. Szkoła jest fikcją i uczy fikcji. Wszyscy coś udają, a w dodatku jest internet i nikt już nie może rozkminić, po co wypalać na mózgu rzeczy, które są na zawołanie w telefonie. I wychodzi szydło z worka - fikcyjne wykształcenie, śmieciowe umowy i wielka, często słuszna, frustracja młodych”.
Rozumiem profesora, a jednak nie do końca jestem przekonany, czy profesor nie zamienił skutku z przyczyną. Małymi krokami państwo wycofuje się z tej „hipokryzji”. Kwestia tego, jak uczyć społeczeństwo masowe pozostaje otwarta i najprawdopodobniej nierozwiązywalna. Ja jestem sceptykiem, ale Państwu wolno być optymistami. Nie do końca wiem, jak sytuują się tutaj autorzy kolejnych reform. Czy wierzą w swoje fabryki ludzi kreatywnych, czy wymyślili tę ideę, ponieważ są bezsilni?
