Przecierałem oczy ze zdziwienia, kiedy Andrzej Morozowski indagował Roberta Biedronia w swoim programie w TVN24 o użyte przez Janusza Palikota wobec ministra Gowina określenie „ciota”. Podobną semiotyczną nieporadnością uraczył mnie z samego rana Wojciech Szacki w portalu „Wyborczej” w tekście „kto jest ciotą dla palikota”.

REKLAMA
Morozowski i Szacki z precyzją posokowca bawarskiego wyczuli fatalną sprzeczność między propagowaniem praw mniejszości seksualnych a używaniem podobnego słownictwa. Nie wdając się w meritum sprawy, zastanawiające jest, czy obydwaj dziennikarze naprawdę nie wiedzą, iż słowa i znaki mogą nieść ze sobą różne znaczenie w różnych okolicznościach i kontekstach, czy jedynie udają takich, którzy tego nie rozumieją.
Zostawmy Morozowskiego i Szackiego. Nie zmienia to faktu, że problem w postaci logicznej i semiotycznej nieporadności dziennikarsko-komentatorskiej definiuje i przesądza o jakości debaty publicznej. Możemy płakać i gryźć, ale to dziennikarze i komentatorzy czołowych stacji radiowych i telewizyjnych są par excellence strażnikami tej debaty.
Dzięki temu możemy żywić graniczące z pewnością przekonanie, że czyny niezgodne z moralnością publiczną (sprowadzającą się w swej istocie do zwykłej dulszczyzny) zostaną napiętnowane, gdy tymczasem prawdziwe świństwa przejdą bokiem. Niczym loszka z młodymi na polowaniu, żeby pozostać w poetyce łowieckiej.