W zasadzie – prócz rozrywki – nie oczekuję już od mediów niczego. A jednak, kiedy słucham porannych audycji, w których redaktorzy cieszą się z dwunastu stopni w lutym, gdzieś na samym dnie duszy odzywają się, jak atawizmy, roszczenia, aby ktoś jakoś to skomentował. Nic z tych rzeczy. Katastrofa jako powód do radości.
REKLAMA
W ogóle zjawiska pogodowe, to, jak się o nich mówi, roszczenia mas do „ładnej” pogody to temat na obszerne doktoraty i jeszcze obszerniejsze internety. Ludzie gotowi są dziś pozywać organizatora turystyki za to, że było tylko 25 stopni, a miało być 30. Zrozumiałe jest zatem, iż cieszą się z tego, że z Polski robi się tropik. Oczywiście nie tylko z Polski.
Ileśmy to zaoszczędzili na opale i odśnieżaniu. Będzie za to można kupić jeszcze więcej samochodów, od których produkcji zrobi się jeszcze cieplej, a wtedy znowu zaoszczędzimy więcej i stać nas będzie na jeszcze większą ilość samochodów.
Z drugiej strony nie wiem, jak czują się narciarze, którzy nie mają już śniegu. Czy też będą pozywać? A zimowe igrzyska, czy już niedługo będziemy jeździć tylko po igelicie? Może igelitowe igrzyska to byłaby dobra nazwa, choć w zasadzie igrzyska od ładnych kilkunastu lat robione są w całości z plastiku. Nawet sportowcy zdają się być trochę plastikowi...
Człowiek – co na blogu podkreślam – to jedyny dowód na istnienie Boga. Nie dlatego, że taki mądry, a dlatego że taki głupi. Ginie, a cieszy się. Czy natura własnymi siłami mogła uczynić coś równie absurdalnego?
A nasz redaktor z porannej audycji. Być może, gdyby nagle spadł śnieg i zrobiło się minus dziesięć (co kiedyś w lutym było całkowicie normalne), rozpłakałby się i rzucił w cholerę te ciężką robotę. Może nie byłoby to takie złe. Choć pogoda chyba by się już od tego nie poprawiła. To znaczy pogorszyła.
PS Oczywiście słowo "wiosna" należy traktować całkowicie umownie.
