Andrzej Halicki na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu
Andrzej Halicki na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego w Strasburgu Europarl MediaCenter

Pomimo hucznych zapowiedzi PiS nie stworzy w tej kadencji nowej grupy w Parlamencie Europejskim. Zdolność PiS-u do sojuszy w UE to propagandowa fikcja. Międzynarodowe spotkania partyjne Morawieckiego służą przede wszystkim "obsłudze" twardego elektoratu PiS.

REKLAMA

Mity o silnej prawicy w Europie

Sytuacja prawicy populistycznej w Parlamencie Europejskim nie wygląda dobrze i od lat się nie zmienia. Aktualnie są podzieleni na 3 części: Tożsamość i Demokracja (z włoską Ligą i francuskim Frontem Narodowym), Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (z PiSem i mniejszymi partiami np. z Holandii), a niektórzy z nich pozostają posłami Niezrzeszonymi (jak węgierski Fidesz). Niektóre partie narodowe a czasem pojedynczy politycy z tych ugrupowań są objęci tzw. „kordonem sanitarnym” czyli wspólnym stanowiskiem partii proeuropejskich o braku współpracy z populistami i nie popieraniem ich kandydatur na ważne stanowiska w PE, jak szefowanie komisji parlamentarnej.
Regularne zjazdy liderów tych partii, z których ostatnie odbyły się w Warszawie i Madrycie, według deklaracji mają na celu zmienić tę sytuację i powołać jedną, dużą grupę polityczną w PE, zapewniając większy wpływ skrajnej prawicy na prawo i politykę UE. Matematycznie wyglądałoby to na silny blok.
Uważam jednak, że faktyczne cele tych spotkań są inne i jest nimi obsługa swoich wewnętrznych elektoratów i partyjnych interesów. Wspólna Grupa w PE moim zdaniem nie powstanie. Spotkanie z zeszłego tygodnia utwierdziło mnie w tych przypuszczeniach. Zbudowanie nowej partii i grupy jest zbyt trudne a nacjonalistom brakuje pozytywnych pomysłów dla UE, potrafią głównie krytykować. To kolejny dowód na upadek europejskiej polityki PiS. Wbrew ich deklaracjom, coraz bliżej im do antyeuropejskich partii, które korzystały z rosyjskich pieniędzy. Dla nas Polaków to szczególnie przykre i wstydliwe. Spotkanie putinowskich nacjonalistów i faszystów to ostatnie miejsce w jakim powinien pojawiać się teraz Polak. Ale Morawiecki wybrał konfrontację z UE, więc brnie w ślepą uliczkę.

Ideologia i program

Partie radykalne nie są zwolennikami kompromisów. Wszystko co sprzeczne z ich narracją i stanowiskiem lidera jest szybko oskarżane o odstępstwo od normy lub o zdradę. Nie potrafią ustępować i nie chcą zgody. A do stworzenia ogólnoeuropejskiej partii i grupy w PE potrzebne jest właśnie mądre rozumienie powagi kompromisu.
Antyunijna prawica ma wiele kwestii spornych między sobą do rozstrzygnięcia. Np. w gospodarce partie radykalne w Europie Zachodniej są przeciwne swobodnemu dostępowi do rynku pracy dla innych pracowników, w tym z Europy Środkowej i Wschodniej. W polityce zagranicznej i bezpieczeństwa wachlarz poglądów i doświadczeń rozpościera się od zgody na powrót imperialnej Rosji Putina, po doświadczenie krajów wyzwolonych od komunizmu. Polityka energetyczna? Rola Parlamentu Europejskiego w kształtowaniu prawa UE? Dofinansowania unijne dla rolników? Inwestycje w innowacje? Wspólna armia? Polityka morska i rybołówstwa? Wszystkie te tematy dzielą ich ostro. Tymczasem wspólny program polityczny to wymóg formalny do założenia europejskiej partii i jej parlamentarnej reprezentacji.
Partie radykalne łączy negatywna agenda – niechęć do imigrantów, niechęć do ekspertów z Brukseli, którzy poświęcili całe życie na zdobywanie wiedzy i doświadczenia w danej dziedzinie. Każda z tych partii czyni wiele krzywd swoim własnym krajom i zazwyczaj mieni się tytułem „prawdziwych konserwatystów”. Każdy politolog zauważy jednak jak daleko ideowo dzisiejszemu PiS-owi do deklaracji praskiej z 2009 r. podpisywanej wspólnie z brytyjską Partią Konserwatywną.

Diabeł tkwi w szczegółach

Europejskie partie polityczne i grupy parlamentarne odgrywają kluczową rolę w europejskim systemie politycznym. Duża grupa w PE to większy budżet dla posłów i partii, silniejszy głos w komisjach parlamentarnych i zdolność negocjacyjna w głosowaniach, czyli większy wpływ na prawo unijne. Liczna grupa to także silniejszy głos na Konferencji Przewodniczących PE, czyli organu, który faktycznie zarządza pracami Parlamentu m.in. ustala agendę sesji plenarnych i podejmuje inne, najważniejsze decyzje. Większa grupa to także więcej wpływowych stanowisk w pracach merytorycznych i komisjach PE. Podział stanowisk w Parlamencie odbywa się bowiem według metody D’Hondta – znanej także z polskich wyborów parlamentarnych, która premiuje duże ugrupowania.
Ale diabeł tkwi w szczegółach. Wspólna grupa w PE to także jeden sekretariat i wspólny budżet na organizację pracy parlamentarnej. Wiele partii krajowych, szczególnie tych z nacjonalistycznym zapędem, czyli takich dla których sprawy ogólnoeuropejskie są drugorzędne, a Parlament Europejski to przede wszystkim narzędzie i zasoby do uprawiania polityki krajowej wolą pozostać w logice mniejszych sekretariatów, gdzie łatwiej o zatrudnienie swoich zaufanych doradców i swoich działaczy. W jednym wspólnym sekretariacie różne interesy partyjnych struktur trudne są do pogodzenia. Dlatego w Brukseli, posłowie tych partii wcale nie kibicują politycznym negocjacjom liderów...

To potrwa

Na razie wymiernym efektem szczytów i spotkań Premiera Morawieckiego z prorosyjskimi partiami w UE jest powstanie biura koordynacyjnego „aby przygotować połączenie sił w Brukseli”. To oznacza, że do wspólnej grupy w PE jeszcze daleko. Biorąc pod uwagę choćby wspomniane wyżej argumenty – problemy programowe i niechęć sekretariatów aktualnych grup do „połączenia sił” oraz naturalnie negatywną agendę obradujących w Madrycie partii, uznać można, że konkretnego efektu prowadzonych rozmów na razie nie będzie. I musi to wiedzieć także Morawiecki i PiS. Dlaczego więc decyduje się na te spotkania i rozmawia z sojusznikami Putina? Szczególnie w momencie, gdy Putin szantażuje Ukrainę i Europę nową wojną, prowadząc już kilka innych m.in. w Gruzji, Białorusi i na Ukrainie?
Oswajanie swoich krajowych wyborców do coraz to mocniejszych postulatów i wysyłanie wrażenia europejskiej „zdolności sojuszniczej” – to możliwe odpowiedzi.
Ale zdolność PiSu do sojuszy w UE to blef. Integracja państw Europy to projekt praktyczny, zadanie dla polityków rozumiejących współczesność i widzących wyraźne korzyści płynące ze współpracy. Tymczasem PiS traktuje UE jak „dopust boży”, coś co jest być może konieczne, ale bardzo utrudnia im życie. Kampanie anty-unijne finansowane z publicznych pieniędzy to niestety w Polsce nowa rzeczywistość, żeby wspomnieć choćby ostatnie kłamliwe informacje o tym, że wysokie ceny energii to wina UE.

Produkcja Fake News'ów.

Pro-pisowskie media wykorzystały madryckie spotkanie aby pokazać PiS w otoczeniu innych partii europejskich i dowodzić, że PiS w Europie nie jest marginalizowany.
W materiale TVP przeczytać można obszerne wypowiedzi posła Mularczyka, który dowodzi że Morawiecki przekonał całą radykalną prawicę do swojej asertywnej polityki wobec Putina. Dzięki Morawieckiemu do konkluzji szczytu miano wpisać zdania potępiające „wojskowe akcje Rosji przy wschodnich graniach Europy.”
Nie dowiemy się naturalnie z TVP Info, że tej części oświadczenia, w którym pada powyższe zdanie nie podpisała Marine Le Pen, kandydatka na urząd prezydenta Francji, jedna z gwiazd madryckiego spotkania. Ani Victor Orban, jedyny premier obok Morawieckiego na szczycie, który na konferencji prasowej dodał nawet, że „Nie mamy takiego samego stanowiska w odniesieniu do sprawy ukraińskiej”. Próżno także na portalu TVP szukać informacji, że deklaracji Morawieckiego w Madrycie nie podpisał gospodarz spotkania - lider hiszpańskich radykałów z partii VOX - Santiago Abascal. Ani tego, że do Madrytu nie przyjechał Mateo Salvini, czyli przywódca włoskiej Ligi Północnej, do niedawna wicepremier. Kogo zatem przekonał polski premier? Nikogo ...
W trakcie niedawnej misji Europosłów z komisji spraw zagranicznych na Ukrainę, przedstawiciele rządu ukraińskiego potwierdzili, że to Węgrzy blokują przystąpienie Ukrainy do Centrum Cyberobrony NATO, agencji Sojuszu z siedzibą w Tallinnie. Zatem o jakim przełomie z Madrytu piszą pracownicy TVP?

Marginalizacja

Mało kto też pamięta, że Jarosław Kaczyński kilkukrotnie zapowiadał przygotowanie przez PiS projektu zmiany traktatów unijnych i wielką ofensywę programową w UE. Mówił o tym m.in. gdy zaczynał niszczyć praworządność w Polsce w roku 2015. Po 7 latach od tamtych deklaracji nie ma oczywiście żadnych konkretnych propozycji i projektów zmian. Jest tylko krytyka oparta często na fałszywych argumentach i kłamstwach.
Przy okazji kolejnych zjazdów prawicowych populistów, którym przewodzi Premier Morawiecki widać wyraźnie upadek polskiej polityki w UE. Nie ma nas przy stole decyzyjnym Unii, bo polski rząd wybiera podrzędny, mały stolik z partiami niszczącymi swoje narodowe demokracje.
Na konferencjach prasowych radykalnych przywódców liczy się tylko sztuczne wrażenie i pozory wpływu na sprawy europejskie. Prawdziwa polityka europejska jest w salach komisji parlamentarnych, na spotkaniach roboczych Rady UE i Komisji Europejskiej. Tam PiS znaczy tyle co nic. Nie reprezentuje polskich interesów, bo nie jest w stanie, albo nie potrafi. Rolę reprezentanta polskich interesów wśród partii proeuropejskich wypełnia dziś polska opozycja, z Platformą Obywatelską i PSL w Europejskiej Partii Ludowej – niezmiennie od 1999 r. największej europejskiej frakcji w Parlamencie Europejskim. Antyeuropejski kurs PiS zaprowadził rząd polski w ślepy zaułek.