Już właściwie nie ma dnia, żebym nie słyszał głosu pokolenia „nie biegaj, bo się spocisz”. Nieudacznicy zwalniani notorycznie z wuefu, beksy, które nigdy nie znały smaku futbolówki na podwórku zaczynają zabierać głos publicznie.

REKLAMA
Niedawno urósł im pierwszy zarost. To osoby z założenia wrogo nastawione do sportu. Zajmowali ostatnie miejsca w biegach i rzadko byli wybierani do szkolnej drużyny piłkarskiej, nawet na rezerwę. Z dnia na dzień jest ich coraz więcej w urzędach i we władzach. Dramatyczne pokolenie wychowane przez rodziców na maminsynków. – „Nie biegaj bo się spocisz” - słyszeli codziennie, albo: - „Ty musisz dostać się na studia, a nie pocić na wuefie, masz tu zwolnienie z gimnastyki.”
W początkach III RP rozpoczął się wyścig szczurów, w którym nie było miejsca na sportową aktywność. – „Ucz się” - słyszał małolat od ojca – „będziesz bogaty”. Prywatne szkoły praktycznie pozbawione sal gimnastycznych śrubowały średnią ocen i dzięki temu wysokość czesnego. Sportu w tych rachunkach nikt nie brał pod uwagę.
Dzisiaj wydelikaceni humaniści z obrzydzeniem patrzą na przygotowania do EURO i igrzysk olimpijskich w Londynie. Szlag ich trafia, że londyńską olimpiadę będzie oglądało 5 miliardów ludzi. A tych uczonych dyskusji o wyższości żłobka nad stadionem nie chce słuchać i oglądać nikt.
Od wczoraj znów brygada „nie biegaj bo się spocisz” podniosła głos. Słyszę w różnych mediach, że katastrofa była dlatego, bo zamiast na semafory pieniądze idą na stadiony. Nie wierzmy im! Stać nas, poważny europejski kraj, na porządną kolej i piękne stadiony. A tych z krzywymi kręgosłupami sprzed komputera wysłałbym najpierw na basen, albo do parku, żeby przez godzinę pobiegali, a dopiero później zaprosił na poważną dyskusję medialną…