W drugiej debacie Duda był całkowicie odmieniony, choć równie nieprawdziwy. Inicjował walkę, bo tak nakazali mu jego sekundanci. Ale brakowało mu prawdziwych umiejętności i wszystkie ciosy, jakie zadawał – oprócz tego z początku, z wręczeniem proporczyka Platformy Obywatelskiej - trafiały w gardę przeciwnika. Ale przecież za uderzenia w gardę punktów się nie przyznaje. I nie zostaje się championem za młócenie powietrza.
REKLAMA
Wystarczyło parę dni, bym zaprzeczył samemu sobie. Napisałem po pierwszej turze, że nie wystarczy mnie postraszyć Andrzejem Dudą, bym poszedł głosować na Bronisława Komorowskiego. Zwłaszcza, jeśli ten nie objawi jakiegoś programu dla polskiej inteligencji. Wydawało mi się, że Duda nie jest aż tak przerażający, jak go malują. Że jedynie – parafrazując Mickiewicza – śmieszy, tumani, przestrasza.
Ale w ostatnim tygodniu zdarzyła się okoliczność nowa, którą objawiły dwie telewizyjne debaty prezydenckie: dość uodporniony na straszenie mnie Dudą przez jego przeciwników, okazałem się całkowicie bezbronny wobec straszenia mnie Dudą przez samego Dudę.
Byłoby dla Dudy znacznie lepiej, żeby się ze sobą tak ostentacyjnie nie ujawniał. Żeby się – na wzór i podobieństwo Jarosława Kaczyńskiego – próbował ukryć i rozmyć na czas kampanii. Bronisław Komorowski – który swój wizerunek publiczny sympatycznego niedorajdy zaczerpnął zapewne od starego francuskiego komika Pierre’a Richarda („Pechowiec”, „Jestem nieśmiały, ale się leczę”) – dawał wystarczająco dużo powodów, by stracić do niego cierpliwość. By zatęsknić za zmianą. Choćby i taką, która prezydenta analogowego zastąpi cyfrowym.
Do czasu telewizyjnych debat udawało się Dudzie ukrywać Dudę z powodzeniem. Owszem, zjeździł całą Polskę wzdłuż i wszerz, spotykając się z wyborcami, ale takie spotkania (co wie każdy, kto choć odrobinę zna się na tworzeniu widowisk publicznych) to spektakl z rodzaju „światło i dźwięk”, gdzie liczy się wyłącznie forma, nie treść. I jedyne, co się da poznać w blasku reflektorów i łopocie flag z nazwiskiem kandydata, to jego objazdowy hologram, odtwarzający sam siebie w wersji zaprogramowanej wcześniej przez własny sztab wyborczy.
Debata telewizyjna jest również formą, ale tym się różni od wyreżyserowanego spotkania z wyborcami w terenie, co zdjęcie rentgenowskie od trzaśniętego sobie samemu selfie. Telewizja to medium dziwne i bezlitosne. Z pozoru jest klaczą potulną, którą łatwo ujeździć. Ale tych, których zrzuciła z grzbietu, leży gdzieś po rowach cały zapomniany legion. Bo telewizja nie zna litości. I choć nie współgra z mądrością, to wyostrza głupotę. I choć nie ceni naturalności, to chichocze, ujawniając sztuczność. I nie doświetlając głębi, z lubością ujawnia pustkę.
Obie debaty były dla Andrzeja Dudy bezlitośnie okrutne. Przyglądałem się im uważnie: w obu zaprezentował się jako Człowiek Bez Właściwości. W pierwszej – gdzie nie udało się jego sztabowcom ulepić go perfekcyjnie z tworzyw sztucznych ich spin-doktorskich zaklęć - drżał jak osika, objawiając cyniczny uśmiech człowieka słabego, ale z rozbudowaną manią wielkości. Był wycofany, co jego środowisko próbowało później tłumaczyć jako spokój i brak agresji. To nieprawda. Miał w sobie wiele agresji, ale bał się uderzyć, bo nie wierzył w swoją siłę. Bo intuicyjnie rozumiał, że jej nie ma. Wyglądał jak nieporadny czeladnik, który sam nie wierzy, że zdoła przekonać suwerena, by wyrzucił doświadczonego majstra i powierzył mu jego warsztat.
W drugiej debacie Duda był całkowicie odmieniony, choć równie nieprawdziwy. Inicjował walkę, bo tak nakazali mu jego sekundanci. Ale brakowało mu prawdziwych umiejętności i wszystkie ciosy, jakie zadawał – oprócz tego z początku, z wręczeniem proporczyka Platformy Obywatelskiej - trafiały w gardę przeciwnika. Ale przecież za uderzenia w gardę punktów się nie przyznaje. I nie zostaje się championem za młócenie powietrza.
Druga debata – w połączeniu z pierwszą – pokazała prawdziwą twarz Dudy, czyli jej brak. Ten człowiek w dostosowawczej mimikrze osiągnął właściwości kameleona. Jednak urząd prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej to nie jest kapelusz, do którego iluzjonista wkłada gołębia, a wyciąga pończoszki. Zwłaszcza, że doskonale wiemy, co to iluzjonista. Bo nawet tak genialny sztukmistrz, jak Jarosław Kaczyński (który potrafi z Andrzeja Dudy zrobić pończoszki) nie umie do końca zdematerializować siebie i ciągle widać jego dłoń, którą wpycha do prezydenckiego kapelusza swojego najnowszego gołębia.
Identycznych sztuczek prestidigitatorskich Jarosław Kaczyński wykonał przez lata bez liku: wciskał do swojego kapelusika z pozoru niewinne ptaszęta, a wychodzili: Marcinkiewicz, Lepper, Ziobro, Macierewicz, Gosiewski czy Wasserman. Duda to ich kolejna wersja.
Do czasu telewizyjnych debat mogłem się łudzić, że Andrzeja Dudę stać na emancypację. Że zostając prezydentem RP wykona ten sam manewr wobec Kaczyńskiego i PiS, który Bronisław Komorowski wykonał wobec Donalda Tuska i PO: uniezależnienia się. Pokazania, że podmiotowość Pałacu jest sprawą fundamentalną i żadne podległości wobec rządu czy partii nie mogą wchodzić w grę.
Dziś łatwo zapominamy o gwałtownym ochłodzeniu stosunków między Komorowskim i Tuskiem krótko po wyborach prezydenckich w 2010 roku, ale było ono faktem. I to ochłodzenie między strukturami PO i Pałacem Namiestnikowskim trwa właściwie do dziś, czego wyrazem jest wyraźne osamotnienie Komorowskiego i jego ludzi podczas ostatniej kampanii prezydenckiej. To PiS twierdzi, że Komorowski i PO to jedno. Przede wszystkim po to, by obrócić przeciw prezydentowi wyborców niechętnych Platformie, ale także by ukryć, że Andrzej Duda nie jest mężem stanu, tylko partyjnym funkcjonariuszem, który ma zająć dla Prawa i Sprawiedliwości pierwsze z państwowych stanowisk, których wygłodniali splendorów i apanaży działacze tej partii chcą w Polsce objąć jeszcze tysiące. Jeśli tak się stanie, będzie to dla Polski nieszczęście: i również dlatego za Andrzejem Dudą nie zagłosuję.
W niedzielę, kiedy pójdę na wybory – a pójdę jednak głosować w drugiej turze, choć nie głosowałem w pierwszej – dostanę kartę wyborczą z dwoma nazwiskami:
BRONISŁAW KOMOROWSKI
ANDRZEJ DUDA
BRONISŁAW KOMOROWSKI
ANDRZEJ DUDA
Regulamin mówi, że przy którymś z tych nazwisk trzeba postawić krzyżyk. Ale regulamin – który opisuje wybory niezależnie od kandydatów i ma charakter uniwersalny - nie uwzględnia specyfiki polskich wyborów prezydenckich Anno Domini 2015. Najistotniejsze w nich wcale nie jest to, że startują Andrzej Duda i Bronisław Komorowski lecz to, że musimy wybrać między Dudą a Nie-Dudą.
I dlatego - żeby mi Polski nie zmarnowali – oddam w niedzielę głos na Nie-Dudę.
Zróbcie to samo.
