W "Cywilizacji w czasie próby" pisał Arnold J. Toynbee: "W pewnym sensie Europa wciąż pozostaje centrum świata; w pewnym sensie także, świat jest wciąż jeszcze inspirowany przez zachodnią cywilizację, której kolebką jest Europa, ale sens, w jakim oba te twierdzenia są jeszcze prawdziwe, zmienił się tak bardzo, że bez komentarza są one mylące. Zamiast być centrum, w którego promieniuje na zewnątrz energia i inicjatywa, Europa stała się centrum, na którym skupia się energia i inicjatywa nie-europejska. Zamiast tego, by świat stał się teatrem dla gry europejskich działań i współzawodnictwa, sama Europa - będąc dla świata areną walk w dwóch wojnach - jest dziś w niebezpieczeństwie, iż stanie się po raz trzeci areną konfliktów pomiędzy nie-europejskimi mocarstwami. Arenę można wprawdzie uważać za miejsce centralne i publiczne, ale raczej nie jest to miejsce ani zaszczytne, ani bezpieczne".

REKLAMA
Słowa te zostały napisane w 1947 roku, tuż po drugiej z wyniszczających wojen, które odebrały Europie miejsce czołowego rozgrywającego w historii świata. Miejsce, które zresztą - bądźmy szczerzy - nasz kontynent zajmował przez ledwie krótki moment w dziejach. Ale zawarta w nich prawda nie tylko nie straciła na sensie, ale się wręcz aktualizuje: dziś Europa jest areną dla energii i inicjatyw pozaeuropejskich. Obecna wędrówka ludów jest właśnie jedną z nich.
Nie można mieć złudzeń - życie mieszkańców Europy będzie z dekady na dekadę ulegało pogorszeniu, jeśli nie spróbujemy odzyskać dawnej energii i nie pokusimy się o przejęcie inicjatywy na szachownicach świata.
Elementem zasadnym - a w nieco dłuższej perspektywie czasowej wręcz fundamentalnym i nieodwołalnym - jest przekształcenie Europy w realną unię. Konfederację państw narodowych, które wspólnie i zgodnie scedują kompetencje na większe uniwersum - coś w rodzaju współczesnego Rzymu.
Nie da się tego - co widać dziś aż nadto wyraźnie - zrobić jedynie w oparciu o wspólną walutę. Obawiam się, że nie wystarczą też ani zapobiegliwa troska o zachowanie dobrobytu, ani szczera wiara w prawa człowieka.
Charakterystyczne jest, że w momencie kryzysu z uchodźcami Europa - która oprotestowała kilka lat temu wpisanie chrześcijaństwa do preambuły własnej konstytucji - odwołuje się do wartości chrześcijańskich. Dlaczego to czyni? Bo - jak się okazuje - niezależnie od osobistego stosunku każdego z nas do kwestii wiary, w chrześcijaństwie upatrujemy naturalny rezerwuar wartości, które są nam bliskie.
Trzeba to jasno powiedzieć: fundamentem cywilizacji zachodniej jest chrześcijaństwo; z niego wszyscy się wzięliśmy - wierzący i niewierzący. Jest w naszym kulturowym DNA jako element nieusuwalny, czy nam się to podoba czy nie.
Dlatego chrześcijaństwo jako fundament cywilizacji zachodniej nie powinno być kontestowane przez tę część Europejczyków, który chcą zachować laickość systemów społeczno-politycznych. Z kolei wierzący chrześcijanie nie powinni podejmować żadnych prób naruszania świeckości przestrzeni społecznych i politycznych. Oddzielmy kwestie wiary od fundamentu kulturowego. Uznajmy to, co oczywiste: i wierzący, i niewierzący, jesteśmy w Europie częścią tego samego krwiobiegu.
Warto też uświadomić sobie, że najprawdopodobniej nie uda nam się przejąć inicjatywy, o której pisał Toynbee - tej, która ma przywrócić europejską podmiotowość - bez konieczności podjęcia wysiłków militarnych. Także poza Europą. Dziś politycy Starego Kontynentu - sparaliżowani lękiem przed pacyfistyczną histerią - usiłują, z wysiłkiem wręcz iluzjonistycznym, machać zaczarowanym kapeluszem w taki sposób, byśmy mieli złudzenie, że są w nim jedynie białe gołębie pokoju. Jakby zapomnieli o mądrości przodków: "Chcesz pokoju, szykuj się na wojnę". Nie wydaje się możliwe, by dało się tak czynić bez końca. Czekają nas wojny, niestety. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że będą zwycięskie.