W narastającej z dnia na dzień emocjonalnej histerii (którą rozpętują bezwzględni przeciwnicy przyjmowania uchodźców i zwolennicy przyjmowania ich bez stawiania jakichkolwiek warunków brzegowych), jakikolwiek dyskurs, wychodzący od "przyjmujmy, ale" nie ma już sensu. Bo dla pierwszych zdradą jest samo "przyjmujmy", dla drugich zaś samo "ale". A wszystko, co ponadto - i co nie mieści się na transparenty - zostaje odrzucane.

REKLAMA
Obie strony obecnego sporu to idealiści. Depozytariusze jedynej prawdy. A depozytariusze prawd nie potrzebują dyskusji. Potrzebują wyłącznie potwierdzeń, że ich wizja świata jest jedynie właściwa i jedynie słuszna. I dla tej wizji chcą wszystkich innych (nie tylko swoich zwolenników, ale nawet wątpiących i pytających o racjonalne uzasadnienia dla proponowanych działań) zetrzeć w proch.
Mówił przez laty Ennio Flaiano, włoski intelektualista, pisarz i scenarzysta (m.in z Federico Fellinim współtworzył "La stradę", "Dolce vita" i Osiem i pół"): "We Włoszech faszyści dzielą się na dwie kategorie: na faszystów i antyfaszystów". Mam wrażenie, że i dla Polski współczesnej ten opis nie jest nadmiernie przesadzony. Nie chodzi rzecz jasna o poglądy, ale o sposób ich ujawniania i rozprawiania się z tymi, którzy ich nie podzielają. Nazizmem jest u nas już i popieranie aborcji, i żądanie całkowitego jej zakazania. Rasizmem jest posiadanie wątpliwości, co do sposobu dotychczasowego rozwiązywania problemu uchodźców przez Unię Europejską, zdradą rasy jest natomiast tych wątpliwości nie mieć.
Ta powszechna aberracja zdaje się nie mieć końca. Zwłaszcza, że wychodzi z całkowicie falsyfikującego rzeczywistość założenia, iż społeczeństwa państw europejskich (w tym polskie) dzielą się wyłącznie według jednej granicy: na "pro" i "anty". I że nikogo innego w Europie nie ma. Tymczasem jest zupełnie inaczej.
Najliczniej reprezentowana jest bowiem w Europie i Polsce społeczność, która mówi właśnie "Przyjmujmy, ale". Dlaczego zatem słychać ją najgorzej? Bo z racji swojego naturalnego umiarkowania oraz z tego, że nie ma już właściwie swojej medialnej reprezentacji ("umiarkowanie? co za nuda!") , mówi najciszej.
Współcześnie działające media już dawno przestały opisywać świat. Dziś chcą go wyłącznie interpretować. Dlaczego tak się dzieje, to rzecz ja inny czas i temat, nie ulega jednak wątpliwości, że dziś media (w tym internet) najchętniej opisują postawy skrajne. Może dlatego, że są najbardziej nośne? Albo najłatwiejsze do zreferowania i sfotografowania? Zamknięcia w tani szablon? Zamienienia na pewny zysk?
Jedno jest pewne: przy tak konfrontacyjnie zarysowanych postawach publicznego sporu (musisz być całkowicie "pro" albo całkowicie "anty"!) żaden głos, który chce analizować rzeczywistość, ukazując jej wieloaspektowość i wielowymiarowość, nie ma szans, by się przebić. Dziś do szachownicy publicznego dyskursu przysiedli się gracze, którzy potrafią sobie wyobrazić jedynie jeden-dwa ruchu naprzód. Owszem, nienawidzą się szczerze, ale równie szczerze kochają ze sobą grać. I nikt inni nie jest im potrzebny.
Wszystkim pozostałym pozostaje jedynie czekać na rozwój wypadków. Zasada "nic o nas bez nas" tym razem, niestety, nie zadziała.