Czy Solidarność i Polska byłyby w lepszym stanie, gdyby na miejscu Wałęsy w 1980-81, w stanie wojennym i w 1989 roku byli Andrzej Gwiazda i Anna Walentynowicz? Nie wiem. Jednak wątpię.

REKLAMA
I mam wrażenie, że w tej chęci zgnojenia Wałęsy przekroczono już punkt krytyczny, i zaraz się okaże, że życie nasze byłoby od dawna sielanką, gdyby nie jego antypolskie działania.
Tymczasem najbardziej - jak się dziś wydaje - szkodliwa aktywność Wałęsy przypada na lata jego prezydentury, za którą przecież gorliwie optowali ci, którzy dziś byłego prezydenta wściekle atakują.
Żeby było jasne: nie zaprzeczam temu, że - jak się wydaje z dokumentów - Wałęsa był w pierwszej połowie lat 70. tajnym współpracownikiem. I nie wykluczone nawet, że jego współpraca z SB komuś poważnie zaszkodziła. Ale czy to, co zrobił potem - dla nas wszystkich przecież! - nie zmazuje jakoś jego win? Nawet jeśli on nadal nie umie się przyznać do momentów w swoim życiu niechwalebnych?
Za co kochamy Andrzeja Kmicica? Za to, że wysadził szwedzką armatę ("naści piesku kiełbasy!"), ratując Jasną Górę, a potem roztrzaskał szwedzki łeb ("a ty w ziemię!"), ratując króla. Tymczasem dożyliśmy czasów, w których różne niziołki o osobistej odwadze, której nie było, gdy być powinna, potrafią pamiętać wyłącznie o Wołmontowiczach.
Żal.