SOS Wioski Dziecięce powstały po drugiej wojnie światowej. Ich założyciele chcieli połączyć dwa światy świat kobiet i świat osieroconych przez wojnę dzieci. Byli prekursorami rodzinnej pieczy zastępczej. Dziś gdy za wschodnią granicą naszego kraju trwa wojna. A my stoimy przed wielkim wyzwaniem zapewnienia bezpiecznego schronienia i uleczenia traum tysięcy ukraińskich dzieci, przed szansą zmiany systemu pieczy zastępczej być może stoi także Ukraina.

REKLAMA
W Ukrainie przed wojną było 64 tysiące dzieci w pieczy rodzinnej i 98 tysięcy w pieczy instytucjonalnej, czyli w tzw. sierocińcach. SOS Wioski Dziecięce w Ukrainie od lat starało się działać na rzecz zmiany tego systemu. Niestety rząd ukraiński nie miał, jak polski, nad głową bata w postaci konieczności dostosowania przepisów dotyczących reformy tego systemu do europejskich standardów i w związku z tym nie był tymi zmianami zainteresowany. I zanim zapanuje święte oburzenie, pragnę zauważyć, że tak samo było i można powiedzieć nadal jest w Polsce.
Jak wspomina moja koleżanka Beata Kulig, doradca ds. rzecznictwa SOS Wiosek Dziecięcych w najnowszym magazynie „Kontakt”: „Niezależnie od tego, kto jest u władzy, a kto w opozycji. Żadna siła polityczna nie zaprzecza wartościom stojącym za zdeinstytucjonalizowaną pieczą. Nikt nie próbuje podważać badań naukowych, które jasno mówią, że przebywanie w instytucjach, zwłaszcza dzieci do trzeciego roku życia, deprywuje w sposób trwały. Wiemy, że dla prawidłowego rozwoju przywiązania kluczowy jest stały opiekun. I że tego nie jest w stanie zapewnić nawet najlepsza placówka – właśnie ze względu na swoją strukturę i wynikającą z niej zmianowość pracy zatrudnionej kadry. Jednak kiedy zaczynamy mówić o wdrożeniu koniecznych zmian, okazuje się, że status quo jest polem różnych interesów. Deinstytucjonalizacja rozumiana w uproszczony sposób może być odczytana tylko jako likwidacja miejsc pracy w wyniku zamykania czy przekształceń istniejących placówek”. Ale i tak w porównaniu z Ukrainą jesteśmy w tych kwestiach bardzo zaawansowani. W Polsce w Domach dziecka może przebywać do 14 dzieci, a dzieci do 10 roku życia powinny wychowywać rodzin zastępcze. Choć i tu jest furtka, bo jeżeli dzieci mają starsze rodzeństwo w instytucjach ich wiek nie jest już aż tak istotny. Oczywiście rodzin zastępczych jest za mało, co powtarzam z uporem maniaka w różnych mediach od 10 lat. Jest to praca, czy jak kto woli styl życia, niedoceniany i jeszcze wciąż w wielu miejscach bardzo słabo opłacany. Jednak czego by nie mówić o polskim systemie, jest on o niebo lepszy od ukraińskiego, który zatrzymał się w czasie, gdzieś około lat 90. Niektórzy mówią, że nawet dużo wcześniej…
Ministerstwo Rodziny i Pomocy Społecznej podaje, że połowa 2, 3 MLN uchodźców, którzy przyjechali do Polski to dzieci, ile z nich to dzieci pozbawione opieki rodzicielskiej, nie wiadomo, na pewno mnie mniej niż kilka tysięcy, przez Centrum w Stalowej Woli przeszło ich dotąd 1400, opiekę nad nimi przejęły NGO’sy, samorządy lub inne organizacje. Większość z tych grup przebywa w centrach wypoczynkowych, hotelach daleko od dużych miast. Czyli daleko od specjalistów, lekarzy, terapeutów. Często ze zbyt małą liczbą przemęczonych opiekunów. To właśnie dla tych dzieci szykujemy jako SOS miejsca w większych miastach, gdzie będziemy mogli zagwarantować im nie tylko lepsze warunki ale i pomoc specjalistów oraz wykwalifikowanej kadry. Tam też stworzymy centra specjalistyczne, by inne dzieci mogły przyjeżdżać na turnusy rehabilitacyjne, a opiekunowie na szkolenia.
Wczoraj w Siedlcach spotkałam, się z Natalią, psycholożką, dyrektorką kijowskiego domu dziecka. To niesamowita kobieta. Zobaczyłyśmy się pierwszy raz na Dworu Wschodnim w Warszawie, kiedy po trzydziestogodzinnej podróży wysiadła z pociągu z grupą umęczonych dzieciaków. Zwróciła uwagę na moją czapkę z logo SOS. Pokazała mi na migi, że kiedyś też pracowała dla nas. Do wioski w Browarach dojeżdżała codziennie przez kilka lat 50 km w jedną stronę. Mówi że jeżeli w coś wierzy, zawsze angażuje się na 100%. Potem została dyrektorką niewielkiego, jak na ukraińskie warunki, domu dziecka prowadzonego przez zachodnią fundację „Nasze dzieci”. Pod opieką wraz z trzema opiekunkami ma 23 dzieci. Najmłodszy Yaroslav ma 3 lata, najstarszy Wania 18.
Natalia spakowane torby dla siebie, swoich biologicznych dzieci i wszystkich dzieci z sierocińca miała już kilka tygodni przed wojną. W budynku domu dziecka przygotowała też schron. 24.02.22 wzięła za rękę swojego czteroletniego synka, pojechała oddać krew, a potem do sierocińca, gdzie już została, aż do wyjazdu do Polski. Wiedziała, że będzie wojna, ale nie sądziła, że będzie aż tak… Wczoraj dostała film od sąsiadki, jej dom stoi, ale w środku może być różnie. W okupowanym Hostomlu, kilka tygodni przebywali Rosjanie… Natalia przed wojną wychodziła z domu, jechała do pracy na 8 godzin i wracała do domu, do swoich biologicznych dzieci i męża. Dziś jest ze swoimi podopiecznymi non stop. Mieszkają w trzech domach. Dzieci podzieliły według rodzeństw. Najmłodsze są z nią i drugą psycholożką Lessi w jednym domu, kolejne w dwóch innych domach z dwoma innymi Paniami. Na co dzień wspierają ich specjaliści. Na pierwszy rzut oka nie do odróżnienia od polskich rodzin SOS.
Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce powstało po wojnie w Austrii, kiedy to wojenne sieroty mieszkały w tzw. azylach czyli sierocińcach, lub pracowały ponad siły na roli. Dlatego grupa studentów medycyny, postanowiła stworzyć idealny świat dla dzieci. I choć brzmi to dziś naiwnie idea SOS Wioski Dziecięcej, gdzie porzucone i osierocone dzieci znajdują rodzinną opiekę zastępczą i wsparcie specjalistów rozprzestrzeniła się na cały świat. Możliwe, że Ukraina stoi dziś przed swoją szansą na zamianę systemu pieczy zastępczej po wojnie. A my do tego czasu musimy zaopiekować się jej dziećmi najlepiej jak potrafimy.
logo