“Życie wedle najwredniejszych samczych wyobrażeń”, “marynarski” model relacji damsko-męskich, świętowanie “50. zmiany partnerki”. Takich rzekomo chłodnych i rzeczowych argumentów używa Jarosław Flis, by sprzeciwić się... nie, nie przygodnym i częstym kontaktom seksualnym, lecz wprowadzeniu do polskiego prawa instytucji związków partnerskich. Wszystko to okraszone jest nieskrywaną irytacją autora z powodu samej konieczności podjęcia dyskusji na ten temat.

REKLAMA
Pierwszy problem z „chłodną” argumentacją Flisa, współpracownika "Tygodnika Powszechnego", polega na tym, że autor przez niemal cały czas przemawia z pozycji obiektywnego obserwatora zjawisk społecznych, choć jest publicystą zaangażowanym. Dopiero pod koniec tekstu otwarcie staje w szeregu przeciwników rejestracji związków partnerskich: „Łatwo jest dojść do wniosku, że druga strona sporu, dąży do zniszczenia wszystkiego, w co wierzymy”.
Jako zwolenniczka wprowadzenia do polskiego prawa instytucji związków partnerskich, chętnie dowiedziałabym się w co wierzą ich przeciwnicy oraz czy i jakie dają prawo innym do tego, by wierzyli w coś innego. Czy dopuszczają do siebie świadomość, że ich system wartości, to tylko (i aż) jeden z systemów wartości? Przecież nikt nie likwiduje instytucji małżeństwa, tylko wprowadza dodatkową formę rejestracji związków dla tych hetero- i homoseksualnych ludzi, którzy małżeństwa zawrzeć nie chcą lub nie mogą. Dla przeciwników związków partnerskich nic się nie zmieni - nadal będą mogli zawierać małżeństwa. Własnym przykładem udanego i trwałego pożycia najskuteczniej zachęcą heteroseksualne kobiety i mężczyzn do podążenia małżeńską ścieżką.
Flis sprzeciwia się rejestracji związków partnerskich, jednak w rzeczywistości występuje przeciwko zupełnie innemu zjawisku. „Uroczyście obchodzi się 50-lecie małżeństwa, nie zaś 50. zmianę partnerki”, pisze. Chęć zawarcia związku partnerskiego autor błędnie utożsamia z przelotnymi związkami nieformalnymi. Po co komuś, kto chciałby bić rekordy w liczbie zmian partnerek, formalizacja związku? Przecież to tylko utrudnia sprawę. W artykule Flisa pełno jest takich sprzeczności.
Jedną z ważniejszych jest to, że autor sprzeciwia się rejestracji związków partnerskich na przemian z dwóch wzajemnie wykluczających się powodów: dlatego że dają partnerom za dużo i za mało uprawnień. Flis w swojej argumentacji przeciwko związkom partnerskim bywa też nierzetelny – straszy heteroseksualne kobiety „samczym” popędem seksualnym, utrzymując że to mężczyźni „zdecydowanie częściej” decydują się na zakończenie związku małżeńskiego. Tymczasem jest na odwrót – w ponad 2/3 przypadków to kobiety składają powództwo o rozwód i ten trend utrzymuje się na podobnym poziomie od wielu lat.
Według danych GUS w 2010 roku kobiety zainicjowały 67,7% rozwodów, a wśród przyczyn zakończenia tych małżeństw najczęściej znajdowały się alkoholizm męża, zdrada, brak zainteresowania rodziną, niemożność porozumienia się w sprawach życia codziennego oraz znęcanie się fizyczne. Może w trosce o trwałość małżeństwa warto powalczyć o przeciwdziałanie alkoholizmowi? O zmianę norm i wartości mężczyzn, którzy są sprawcami 95% przemocy w rodzinie? Walka ze związkami partnerskimi nie poprawi trwałości małżeństw ani trochę.
Trwałości małżeństwa kobiety i mężczyzny nie poprawi także zablokowanie możliwości rejestracji związków przez pary jednopłciowe. Zdaniem Flisa uprawnienia gwarantowane przez związki partnerskie, takie jak dziedziczenie czy prawo do pochówku, to nie prawa obywatelskie, lecz nagroda za podążanie za społecznym drogowskazem, wskazującym na instytucję (z definicji heteroseksualnego) małżeństwa. Czy geje i lesbijki muszą wchodzić w związki małżeńskie z heteroseksualist/k/ami, by na taką „nagrodę” zasłużyć? Jaka jest spodziewana trwałość takich małżeństw? Autor uchyla się od rekomendacji, sprowadzając orientację seksualną do kwestii trybu życia, jak gdyby chodziło o to, czy ktoś gotuje czy stołuje się na mieście. To, że obecnie lesbijki i geje traktowani są jak obywatele śmieciowi – na których nakłada się równe podatki i równe obowiązki wobec państwa, nie dając w zamian równych praw – nie zasługuje według autora na uwagę.
Jeśli porównamy małżeństwo do polisy ubezpieczeniowej „all inclusive”, to związek partnerski będzie ubezpieczeniem częściowym, a związek wolny, niesformalizowany, będzie brakiem jakiegokolwiek ubezpieczenia. Flis jest zwolennikiem postawy wszystko albo nic, albo ubezpieczasz się od wszystkiego albo od niczego, przy czym dobrostanem nazywa sytuację, gdy pewna kategoria ludzi nie ma prawa się ubezpieczać. Osobliwe i dość partykularne pojmowanie dobrostanu.
Zdaniem Flisa poparcie dla rejestracji związków partnerskich jest głównie instrumentalne, a faktyczną intencją zwolenników jest rozwścieczenie “obozu” przeciwników rejestracji. Jest to argument który neguje realne potrzeby społeczne, a w centrum świata - tak jak kiedyś Ziemię - stawia przeciwników związków partnerskich. Równie sensownie można byłoby argumentować, że wiele kobiet i mężczyzn biorących ślub robi to głównie po to, by zrobić na złość tym, którzy sami nie chcą zawrzeć związku małżeńskiego.
Ten państwowy zakaz… ma takie samo podłoże jak zakaz małżeństw poligamicznych* – argument z poligamii używany przez Flisa był stosowany już wcześniej, gdy zwolennicy tradycyjnych małżeństw w Stanach Zjednoczonych sprzeciwiali się rejestracji związków mieszanych rasowo. Czy zastosowany kilkadziesiąt lat później przeciwko związkom partnerskim staje się choć trochę bardziej rzeczowy?

* Fragment transkrypcji wystąpienia Prokuratora Stanowego Geralda R.D. Wcllwaine’a przed Sądem Najwyższym USA w sprawie Loving przeciw Stanowi Virginia, za “May it Please the Court” (1993) Peter Irons, Stephanie Guitton
******
Więcej nt. LGBTQ