“Ale dlaczego nie możecie być po prostu przeciwko każdej przemocy?” - to klasyczne pytanie z tezą, zadawane głównie przez mężczyzn, pojawia się na facebookowej stronie Feminoteki stosunkowo często. Uzupełnieniem są e-maile od rozżalonych panów, którzy pytają o to, dlaczego mówimy o gwałcicielach, a nie o gwałcicielkach. No właśnie: dlaczego?

REKLAMA
Z podobnymi zastrzeżeniami spotykają się wszystkie osoby czy organizacje, które przeciwdziałają męskiej przemocy wobec kobiet. Przecież przemoc jest nieakceptowalna niezależnie od tego kto jest sprawcą, a kto ofiarą, dlaczego więc koncentrować się na jednym jej rodzaju? Czyżbyśmy uważały, że inna przemoc jest ok?
Otóż nie - nie uważamy, by jakikolwiek rodzaj przemocy był akceptowalny. Nie stoi to jednak w żadnej sprzeczności z przeciwdziałaniem męskiej przemocy wobec kobiet. Przemoc mężczyzn wobec kobiet, przemoc wobec osób LGBTQ, mężczyzn, ludzi starszych, dzieci czy wreszcie zwierząt, jest równie odrażająca. Nie znaczy to jednak, że występuje równie często i z tych samych powodów, albo zgodnie z tymi samymi mechanizmami czy dynamiką. Nie znaczy to również, że sprawcy rekrutują się w jednakowych proporcjach spośród różnych grup społecznych. Z powodu kulturowego przyzwolenia na przemoc, znaczącą większość sprawców przemocy stanowią mężczyźni (co NIE znaczy, że większość mężczyzn to sprawcy przemocy!).
Warto dokonać rozróżnienia między sferą idei i rzeczywistości: skuteczność działań w tej ostatniej wymaga, by działania były wyspecjalizowane, dzięki czemu trafiają w sedno problemu. Osoba, która uważa każdą przemoc za nieakceptowalną, może więc zaangażować się w przeciwdziałanie konkretnemu jej rodzajowi. Można posłużyć się analogią: to, że ludzie zajmują się pomocą dzieciom cierpiącym na chorobę X nie znaczy, że popierają, by bez pomocy umierały dzieci cierpiące na chorobę Y. To, że ekolożki i ekolodzy angażują się w ochronę Puszczy Białowieskej, nie znaczy, że akceptują wykarczowanie Puszczy Kampinoskiej. To, że przeciwdziałamy przemocy mężczyzn wobec kobiet nie znaczy, że zgadzamy się na przemoc wobec mężczyzn. Proste i logiczne.
Gdyby uznać inaczej, wszystkie organizacje pozarządowe - bez względu na swój profil - powinny połączyć się w jedną, wielką instytucję pod roboczą nazwą “Żeby Wszystkim Było Lepiej”, która zajmowałaby się rozwiązywaniem wszelkich możliwych problemów w każdym zakątku kuli ziemskiej. Można sobie tylko wyobrazić wszechogarniającą agendę takiej organizacji: 1) ochrona delfinów w Stanach Zjednoczonych; 2) promowanie e-podręczników na Węgrzech; 3) promocja łyżwiarstwa figurowego w Peru; 4) walka z przemocą wobec dzieci w Polsce; 5) zacieśnianie współpracy ekonomicznej w strefach przygranicznych w Ugandzie; 6) przeciwdziałanie bezdomności w Wietnamie. Zgodnie z takim sposobem myślenia można pójść o krok dalej i postulować połączenie wszystkich ministerstw w jedno ministerstwo, a nawet wszystkich rządów państwowych w jeden, zajmujący się wszystkim rząd.
Brzmi absurdalnie? Tak samo absurdalne są wezwania, by organizacja zajmująca się przeciwdziałaniem męskiej przemocy wobec kobiet w Polsce zajęła zwalczaniem każdego rodzaju przemocy wobec każdej osoby w każdym miejscu świata. Co znamienne, pretensje dotyczące profilu działalności Feminoteki często zgłaszają panowie, którym bliżej do deklaracji ideowej ONR-u niż “Imagine” Johna Lennona. Nierzadko chcieliby nas wysłać do Arabii Saudyjskiej lub na Madagaskar. I tu dochodzimy do sedna sprawy.
Przemoc mężczyzn wobec kobiet jest nadal kwestią tak kontrowersyjną, że próbuje się bagatelizować rangę i skalę problemu zamazując płciowy charakter przemocy. Jedną z (często) nieuświadomionych strategii jest odwracanie kota ogonem. “A gwałcicielki?!” - pytają zirytowani panowie. Otóż niezależnie od tego, ile e-maili wyślą w tej sprawie, faktem jest, że 98,5% gwałcicieli to mężczyźni (NIE znaczy to, że 98,5% mężczyzn to gwałciciele!). Jak łatwo policzyć, kobiety stanowią 1,5% sprawców - ułamek ułamka. Mężczyźni, jeśli padają ofiarą gwałtu, to prawie zawsze ze strony innych mężczyzn.
Kolejną strategią jest zawężanie definicji przemocy. Znajomy konserwatysta, wbrew wynikom badań, twierdzi, że to niemożliwe by 30% kobiet przynajmniej raz w życiu doświadczyło ze strony mężczyzn przemocy seksualnej. Po prostu nie, bo on w to nie wierzy. A tak w ogóle, jego zdaniem, dopóki nie dojdzie do niechcianego dotyku, to nie ma przemocy. Innymi słowy, szef lub współpracownik, który wbrew protestom kobiety mówi jej, co, kiedy i jak zrobiłby z nią w łóżku, po prostu mówi, a póki nie wprowadzi tego siłą w czyn to wszystko gra.
Częstym manewrem jest też przypisywanie mężczyznom wyłączności na przemoc fizyczną, a kobietom na psychiczną, zgodnie z przekonaniem, że mężczyźni są z Marsa, a kobiety ze Snickersa. Niestety ale nie. Przemoc fizyczna nie występuje w oderwaniu od psychicznej. Pobicie jest przemocą, ale jest nią również groźba pobicia. Policjant, który zaklina się, że nie stosuje przemocy wobec żony, bo w momencie konfliktu nie bije jej, tylko sugestywnie kładzie dłoń na naładowanej broni, prezentuje właśnie taki tok myślenia. Czasami wystarczy, że mężczyzna stosuje samą przemoc psychiczną (groźby, upokarzanie itp.), by kobieta stała się wrakiem cżłowieka.
Przeciwnicy walki z przemocą mężczyzn wobec kobiet, którzy opowiadają się za nierozróżnieniem rodzajów przemocy w praktyce, próbują zarysować symetrię tam, gdzie jej nie ma. Statystyki stają się dla nich zupełnie nieistotne, gdy dotyczą przemocy mężczyzn wobec kobiet. Wtedy właśnie okazuje się, że tak naprawdę nigdy nie można nic stwierdzić na pewno i wszystko świadczy o wszystkim, więc nie można o niczym wyciągać żadnych wniosków. Pewne nieprzyjemne rzeczy po prostu się zdarzają tym, które nie są wystarczająco zapobiegliwe by się przed tym uchronić, a prawda leży gdzieś pośrodku*. Człowiek gryzie psa tak samo często, jak pies gryzie człowieka, kobiety są sprawczyniami przemocy tak samo często, jak mężczyźni, a normy i wartości społeczne, w tym dominujące wzorce męskości, nie mają żadnego znaczenia. A poza tym: czy nie ma ważniejszych problemów? W końcu chodzi przecież o to, żeby wszystkim było lepiej.

* Blogerka Szprota ukuła na to świetne określenie: prawdopośrodkizm.