Dzień po XIII Wielkiej Manifie w Warszawie panowie dziennikarze z niemal ojcowską troską pochylają się nad kobietami - organizatorkami i uczestniczkami manifestacji. Krótko rzecz ujmując, panowie dziennikarze uważają, że o wiele lepiej zorganizowaliby działania na rzecz praw kobiet w Polsce, oczywiście gdyby tylko chcieli się za to zabrać. Sny o potędze nie są niczym niezwykłym, gdy śnią wybitni teoretycy.

REKLAMA
Zacznę jednak od czegoś optymistycznego. Sprawy i prawa kobiet w Polsce coraz rzadziej są przez media relacjonowane w konwencji “michałków” - oderwanych od siebie dramatycznych historii pojedynczych kobiet, utrzymanych w retoryce jednodniowej sensacji (jak pisała pod koniec lat 90. w “Świecie bez kobiet” dr Agnieszka Graff). Coraz częściej dziennikarki i dziennikarze dostrzegają, że “zawiasy” dla gwałciciela to nie jedynie problem tej jednej kobiety, którą dany mężczyzna zgwałcił. To problem wszystkich kobiet w Polsce, gdyż zjawisko ma charakter systemowy - w Polsce 33% wyroków dla mężczyzn za gwałt to wyroki w zawieszeniu (dla porównania: w Wielkiej Brytanii to 4%).
Problemy kobiet to problemy społeczne, a prawa kobiet to prawa człowieka - można się tylko cieszyć z tego, że media coraz częściej właśnie tak pokazują te kwestie. Szkoda jednak, że robią to tak rzadko - raz w roku, w okolicach Dnia Kobiet, to za mało, zwłaszcza że kobiety stanowią ponad połowę polskiego społeczeństwa.
Na lepsze zmienił się także sposób mówienia o Manifie, przynajmniej jeśli chodzi o postaci i środowiska opiniotwórcze. Dzięki kreatywnej, ale mrówczej i nieodpłatnej pracy kobiet działających w nieformalnym Porozumieniu Kobiet 8 Marca, co roku odbywają się demonstracje, dzięki którym świadomość społeczna dotycząca dyskryminacji kobiet w Polsce rośnie, a same uczestniczki i uczestnicy Manify są ukazywane coraz bardziej serio, tak jak bardzo serio są postulaty i problemy, które podnoszą.
logo
XIII Wielka Manifa w Warszawie (2012). Fot. Bianka Sajłińska. https://www.facebook.com/photo.php?fbid=3509155288021&set=p.3509155288021&type=1&theater
Od Manify do Manify, przez cały rok pracę u podstaw za państwo polskie wykonują pozarządowe organizacje (pro)kobiece: Fundacja Feminoteka (Warszawa), Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (Warszawa), Fundacja Autonomia (Kraków), Stowarzyszenie Kobiet Konsola (Poznań), Stowarzyszenie Kobiet BABA (Zielona Góra), Kampania Przeciw Homofobii oraz Lambda (Polska) , Stowarzyszenie Kongres Kobiet (Polska), eFKa (Kraków) i wiele, wiele innych. Działaczki i (mniej liczni) działacze tych organizacji na co dzień odwalają kawał ciężkiej i nierzadko obciążającej psychicznie roboty (tu wielki ukłon w stronę ekspertek, które dyżurują przy telefonie interwencyjnym dla kobiet doświadczających przemocy domowej).
Co jakiś czas organizacje pozarządowe przygotowują i prezentują merytoryczne raporty o sytuacji kobiet w Polsce, które jednak nie cieszą się w redakcjach zbyt dużym powodzeniem. O wiele bardziej interesujące dla mediów bywają takie kwestie jak wyraz twarzy polityka X, nowy elektroniczny gadżet polityka Y, czy dieta polityka Z. Przemoc wobec kobiet? Łamanie praw reprodukcyjnych kobiet? Brak żłobków i przedszkoli, zmuszający kobiety do wieloletnich przerw w pracy zawodowej i obniżający ich emerytury? Krotochwilna atmosfera męskiej poppolityki zostałaby zepsuta poważną dyskusją o takich kobiecych nudziarstwach.
Tym, czego osoby działające w sektorze pozarządowym dobrze nauczyły się od mediów jest to, że aby przebić się z komunikatem do radia, telewizji, prasy i internetu należy zrobić happening, albo najlepiej całe show, by dać mediom coś, co będzie “dobrze wyglądać w obrazku”, “sprzeda się” i będzie “żarło”. Trzeba wzbudzić emocje, inaczej redaktorski pies z kulawą nogą się nie zainteresuje, niezależnie od tego jak ważny jest dany problem. Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że to dlatego kobiety z Porozumienia Kobiet 8 Marca przebrały się za katolickie duchowne. Komu chciałoby się przebierać, gdyby media interesowały się merytoryczną debatą o s/prawach kobiet nie tylko od święta?
Panowie dziennikarze tymczasem zachowują się tak, jakby w mediach zaczęli pracować od wczoraj i “jednym głosem krytykują Manifę”, jak relacjonowana jest debata w radio Tok FM. Przy okazji można zadać nieśmiertelne pytanie: gdzie są kobiety (dziennikarki)? Dlaczego wydarzenie na rzecz praw kobiet zorganizowane przez kobiety komentują wyłącznie mężczyźni? Dlaczego panowie dziennikarze pozwalają sobie na protekcjonalne pouczanie kobiet (“drogie panie, nie idźcie tą drogą”)? Drodzy panowie dziennikarze zdaje się zapomnieli, że dyskurs publiczny powinien opierać się na wiedzy i szacunku do partnerek (partnerów) w dyskusji. Chyba, że danych osób nie uważa się za partnerki. Wtedy można z pobłażaniem się uśmiechnąć, pogrozić palcem i poklepać po główce. Drodzy panowie dziennikarze, nie idźcie tą drogą.
Dziwię się, że do tego męskiego grona “nie wiem, ale się wypowiem”, dołączył red. Tomasz Lis, który pisze o “Samobóju feministek”. Pan redaktor nie zapoznał się z postulatami XIII Wielkiej Manify, ale nie przeszkadza mu to w skrytykowaniu ich jako oderwanych od potrzeb kobiet. Jeśli brak żłobków i przedszkoli, powszechna przemoc mężczyzn wobec kobiet i brak pieniędzy na ochronę zdrowia kobiet to nie są problemy zwykłych kobiet, to co nimi jest? Redaktor Lis niestety nie zechciał się do tego odnieść.
Zechciał jednak skrytykować warszawską Manifę za hasło odcięcia pępowiny łączącej Kościół katolicki i państwo (przy okazji zapomniał, że Manifa w Warszawie była tylko jedną z wielu polskich Manif). Przypuszczam, że musiał zamknąć oczy, bo tylko tak można nie dostrzec związku pomiędzy polskim prawem i dyskursem w dziedzinie przerywania ciąży, dostępu do edukacji seksualnej, antykoncepcji, in vitro i badań prenatalnych a pozycją Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce.
Proszę otworzyć oczy. Można spojrzeć także na inne europejskie kraje i zobaczyć, że najbardziej restrykcyjne ustawy antyaborcyjne obowiązują na sklerykalizowanej Malcie i w równie sklerykalizowanej Irlandii. Wystarczy także pomyśleć o tym, co - zamiast choćby bezprawnej działalności Komisji Majątkowej zwracającej Kościołowi katolickiemu grunty po kilka razy za to samo - można byłoby zrobić z pieniędzmi z budżetu państwa, do którego (przypomnę dla porządku) środki wkładają również kobiety.
Otóż można byłoby np. wybudować w Polsce żłobki i przedszkola. Nowoczesne państwa przyglądają się temu jak i na kogo (grupy społeczne) wydają pieniądze. Jest to tzw. gender budgeting. Nie tak dawno NFZ spojrzał na siebie i okazało się, że proporcjonalnie wydaje więcej na mężczyzn, niż na kobiety, choć to postulat znieczulania chętnych kobiet rodzących jest określany jako zbyt kosztowna fanaberia. Mężczyźni przechodzący bolesne zabiegi w szpitalach są znieczulani. Inaczej byłoby niehumanitarnie. Kobiety mogą sobie cierpieć, zwłaszcza jeśli nie stać ich na kilkaset złotych w kopercie dla lekarza.
Gdyby red. Lis poświęcił choć minutę na lekturę kilku zdań o Manifie, być może nie popełniłby dzisiejszego tekstu. Gdyby zrobił minimalny research na temat tego, dlaczego środowiska kobiece postrzegają Euro 2012 w negatywnym świetle, to zamiast dokopywać feministkom (pozostańmy przy retoryce piłkarskiej), mógłby profesjonalnie docisnąć rząd i polityków w kwestii tego, co zrobili na rzecz walki z przemocą seksualną mężczyzn wobec kobiet. Apogeum tej przemocy nastąpi właśnie podczas mistrzostw w piłce nożnej (zorganizowany handel kobietami, gwałty na kobietach, zmuszanie kobiet do prostytucji - to dzieje się wszędzie tam, gdzie odbywają się międzynarodowe mistrzostwa w futbolu).
Łatwo jest zdyskredytować krytycyzm wobec Euro 2012 poprzez pryzmat własnych stereotypów - trudniej zastanowić się przez chwilę i przyznać, że obok wielkich (głównie męskich) sportowych emocji rozgrywać się będzie wiele kobiecych dramatów. Osoby od lat zwalczające handel kobietami, np. działające w La Stradzie, mogą podsunąć wiele rozwiązań dotyczących ograniczenia tego problemu, o ile media i politycy uznają przemoc seksualną wobec kobiet za problem wart przeciwdziałania.
Wczoraj uczestniczyłam w warszawskiej Manifie. Frekwencja, jak na polskie warunki, była naprawdę niezła - nie jesteśmy państwem, w którym na ulicach protestują miliony, o czym pan redaktor z pewnością dobrze wie, nie rozumiem więc dlaczego próbuje być złośliwy pisząc o niskiej frekwencji. Wolę pamiętać jego walentykowy wstępniak z Wprost (2011), gdy tematem numeru uczynił dyskryminację płacową kobiet w Polsce. Wyrównanie płac kobiet i mężczyzn było jednym z manifowych postulatów.
Gdzie był wczoraj Tomasz Lis? Przypuszczam, że nie było go na Manifie. Być może jednak maszerowałby z kobietami, gdyby wcześniej zechciał dowiedzieć się, dlaczego manifestujemy. Za rok może Pan do nas dołączyć.