Jeśli liczysz na to, że receptę na awaryjną antykoncepcję otrzymasz w gabinecie lekarskim lub szpitalu, to możesz się grubo przeliczyć. Ostatnio przekonała się o tym mieszkanka Gdyni, która nie mogła wyegzekwować swoich praw.

REKLAMA
W 1993 roku mężczyźni z parlamentu sprzymierzeni z mężczyznami z Episkopatu zdelegalizowali zabieg przerywania ciąży. W ustawie antyaborcyjnej zapisali jednak gwarancję swobodnego dostępu obywatelek i obywateli do poradnictwa i środków antykoncepcyjnych. Obowiązek zapewnienia tego dostępu został nałożony na właściwe organy administracji rządowej oraz samorządu terytorialnego.
Antykoncepcja awaryjna (postkoitalna) to szczególny rodzaj antykoncepcji. Gdy dojdzie do niezabezpieczonego stosunku płciowego, np. pęknie prezerwatywa lub zapomni się przyjąć pigułkę, staje się ostatnią deską ratunku przed niechcianą ciążą. Antykoncepcja taka zadziała tylko wtedy, jeśli zostanie zastosowana w ciągu 72 godzin po stosunku. Im później zostanie przyjęta, tym ryzyko zajścia w niechcianą ciążę jest większe. Zegar tyka.
Tymczasem dla zbyt wielu polskich lekarzy i lekarek, a nawet całych placówek publicznej służby zdrowia, wypadek w sypialni to doskonała okazja, by złamać polskie prawo i zademonstrować władzę nad kobietami oraz wyznaniowe przywiązanie do ochrony życia niepoczętego. Ci sami lekarze lub ich koledzy będą mogli później wypisać receptę w prywatnym gabinecie lub nielegalnie przerwać ciążę, a do kieszeni włożyć nieopodatkowany, gruby plik banknotów. Biznes się kręci. Odmawianie kobietom dostępu do antykoncepcji to powszechny problem, a ostatni głośny przypadek wydarzył się w Gdyni.
Kilka dni temu Dziennik Bałtycki opisał sprawę “pani Barbary, trzydziestoletniej mężatki, która twierdzi że została skandalicznie potraktowana przez gdyńską służbę zdrowia”.
Pani Barbara nie uzyskała pomocy w gdyńskim pogotowiu, gdyż stwierdzono, że recepta musi być wypisana przez ginekologa, którego nie było wówczas na miejscu. Z kolei w Szpitalu Morskim im. PCK, na oddziale ginekologiczno-położniczym, kobieta została poinformowana, że "w tej placówce lekarze ratują życie". Pani Barbara miała także okazję zapoznać się z klauzulą sumienia szpitala (sic!). Lekarka ze szpitala PCK, która dowiedziała się o sprawie, doradziła pani Barbarze wygooglowanie jakiegoś lekarza w internecie. Czas płynie, a skuteczność antykoncepcji awaryjnej spada.
W końcu kobieta - dzięki prywatnym znajomościom - znalazła lekarza, który wypisał jej receptę na antykoncepcję awaryjną. Ilu kobietom, bez znajomości, bez pieniędzy na prywatną wizytę lekarską, z mniejszych miast lub wsi, taki wyczyn się udaje? A ile z nich zachodzi jednak w niechcianą ciążę, którą potem próbują przerwać pięściami partnera lub odgiętym wieszakiem?
Przydatną pomocą dla Polek jest Prawno-zdrowotny poradnik dla kobiet wydany przez Federację na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (dostępny w wersji papierowej i on-line). Można się z niego m.in. dowiedzieć, że tzw. klauzula sumienia przysługuje konkretnym osobom, a nie grupom osób czy szpitalom. Poradnik informuje również, że receptę na jeden z trzech dostępnych obecnie na polskim rynku środków antykoncepcji postkoitalnej może wypisać każdy lekarz, w tym dentysta, a nawet weterynarz.
Jeśli jesteś kobietą w wieku reprodukcyjnym (lub partnerem takiej kobiety), warto byś ustaliła adres najbliższej, najlepiej całodobowej lecznicy weterynaryjnej. Szanse na to, że zostaniesz tam potraktowana jak człowiek, są znacznie większe niż w placówkach polskiej służby zdrowia.