Buduje się od fundamentów, nie od komina. Tam, gdzie nie ma zdjęć, wywiadów i autografów. Mam problem z tymi różnymi ruchami. Widzę dużo różnych map, chętnie zobaczyłabym jakąś mapę z wykazem aktywności obywatelskiej lokalnie. Wydaje się, że ktoś, kto chce tworzyć jakiś ruch obywatelski/społeczny (przynajmniej dotąd), uważa, że wystarczy raz zakręcić kołem zamachowym, a dalej samo się będzie kręciło. Nic się samo nie robi, trzeba o to dbać. A z wyborami trochę jest, jak z nenufarami Józefa Toliboskiego. Góra widzi kwiatki, co to dla onej wybranki nazbierane, dół – upaćkane spodnie.

REKLAMA
logo
Kadr z filmu "Noce i dnie" Seriale TVP
Wyznania nieuka
Czytam sobie na wp.pl opinię Jacka Żakowskiego: „Dość i basta"
I czytam tam m.in.:
(...)Gdy rzeczywistość (wiedza, kultura, społeczeństwo, technika) się istotnie zmienia, trzeba się przestawić na inny paradygmat, czyli zacząć myśleć i działać inaczej.
Najtrudniej jest to zrobić tym, którzy w poprzednim paradygmacie odnosili największe sukcesy i grali najważniejsze role w jego objaśnianiu lub organizowaniu. Duma z własnych sukcesów zachęca do trwania na starych pozycjach i obrony świata, którego już nie ma.(...)
Demokratyczne partie, które chcą zdobyć władzę, muszą się przede wszystkim trzymać demokratycznych wartości. A w naszym przypadku właściwie muszą do nich wrócić. Lub wręcz się do nich zwrócić zgodnie z opisaną przez Abrahama Lincolna formułą rządów "zwykłych ludzi, wybranych przez zwykłych ludzi, by rządzić w interesie zwykłych ludzi".
Co by to miało oznaczać w praktyce? To, co demokracja zawsze musi oznaczać:
- władzę wyłanianą od dołu ku górze
- strategię rządzenia mająca poparcie większości
- rząd (samorząd) służący ogółowi i kontrolowany przez niezawisłe sądy.
...i myślę sobie tak: łooo, panie, toż to jest mniej więcej to samo, co my tutaj powtarzamy przez około 10 lat. Zanim będziesz biegał, naucz się chodzić. Fajnie się dyskutuje w sieci, fajnie jest pójść na wybory raz na x lat i poczuć się dobrze. A pomiędzy i bliżej? Czarna dziura. Dyskutujemy o lokalnych miejsko-wiejskich budżetach u siebie? Składamy jakieś wnioski? Wymagamy od lokalnych polityków? To wymaga trochę więcej niż komentarz w sieci czy akt wyborczy.
Nie będę wymyślała koła, zresztą nie mam do tego kwalifikacji. Myślę, że sektor pozarządowy, w sensie wsparcia, jak to się kolokwialnie mówi „ogarnął się" wcześniej. Stąd programy wsparcia małych organizacji z mniejszym miejscowości. Przynajmniej w założeniach, bo w praktyce różnie bywa. Pozwolę sobie na garść luźnych uwag, część z nich znalazła się w tekstach w natemat.pl. Tymczasem nie piszę, bo nie mam czasu. Ani chęci już. Dobrze, powiedzmy czasami dopada mnie zniechęcenie.
W 2016 pisałam: po co te rejestry umów? Te, o które wnioskowaliśmy u siebie i nasi koledzy i koleżanki w wielu miejscowościach w Polsce.
Bo ziemniaki soli się do gotowania. Stawiając na jawność instytucje pokazują, że nie podpisały umowy z Janiną, córką tego Mariana, co to w tym drugim urzędzie. I za rozsądne pieniądze. Ktoś do tego zagląda? Dlaczego, jeśli moja dobrze wykształcona koleżanka, mówi, że nie ma czasu chodzić na konsultacje, mam tego wymagać od kobity, która chodzi na 3 zmiany i/lub ma dwoje dzieci? Kto ma ten kaganek nieść? Czytam, że do obserwowania wyborów zgłosiło się 250 osób. I nie wiem, co powiedzieć. A właściwie wiem - Andrzej Seweryn! Tak mi elita, w jednej osobie pokazała, że warto poświęcić ten jeden dzień na pracę społeczną. W liczbie — jeden. Pewnie(?) jest więcej (wiele)znanych osób, które też to zrobiły. Nie? No to szkoda.
Według GUS-u, na koniec czerwca 2015 roku mieszkałam w mieście wraz z 22407 innymi ludźmi. W takich miastach sporo osób się zna osobiście. Kilku dużych pracodawców, Starostwo, Urząd Miasta, Urząd Gminy. Niektórym się można narazić. Bywają smutne historie. Gdzie wtedy ta aktywność tzw. reszty zatroskanych demokratów?
Samorządowa Sejmowa
Wiele osób zaczyna swoją przygodę z polityką od szczebla samorządowego. Stąd tytuł. Jeśli na szczeblu lokalnym, w samorządzie, politycy zrozumieją, że ludzie mają prawo wiedzieć i będą podejmowali decyzje zgodne z tym zrozumieniem, to można zaryzykować minimum wiary, że zasiadając w ławach sejmowych tego zrozumienia nie zagubią. Tyle, że trzeba im o tym przypominać, bo pamięć ludzka, ulotna. Dlatego, jak mnie różnej maści demokraci chcą nauczać o demokracji, to ja się pytam — kiedy byłeś na konsultacjach? Zaglądałeś do swojego miejskiego budżetu? A może kontaktowałeś się z radnym, żeby rozwiązać jakiś problem? Nie? Pewnie nie miałeś czasu, bo cię ta ogólnopolska polityka zajęła.
No to podsunę dyrektywę Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 17 listopada 2003 r. w sprawie ponownego wykorzystywania informacji sektora publicznego: Upublicznianie wszystkich ogólnie dostępnych dokumentów będących w posiadaniu sektora publicznego - dotyczących nie tylko procesu politycznego, ale również procesów prawnego i administracyjnego —jest podstawowym instrumentem rozszerzania prawa do wiedzy, które jest podstawową zasadą demokracji. Cel ten dotyczy instytucji na każdym poziomie - lokalnym, krajowym i międzynarodowym. Ryba się psuje od głowy. Ale głowa jest na prowincji.
Pieniążki, pieniążki, czyli dziecioroby, plusy i te inne
Nie wiem, czy ktoś kojarzy, ale w 2014 roku poniżej minimum egzystencji żyło w Polsce wg danych GUS 2,8 mln osób. Na granicy relatywnego (czyli tam, gdzie wydatki wynosiły mniej niż 50% średnich wydatków wszystkich gospodarstw domowych) 6,2 mln osób, a poniżej ustawowej granicy ubóstwa 4,6 mln. Sporo niezadowolonych do zagospodarowania, prawda?
A z drugiej strony, chcemy doganiać ten Zachód, czy nie chcemy? Tam jest wyższy socjal, a tu oburzonko na 500+. Zresztą wg danych świadczenie wychowawcze 500+ pobiera 3,55 mln dzieci wychowywanych w 2,33 mln rodzin. To oficjalne dane z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za grudzień 2018 roku. Z tego największy odsetek stanowiły rodziny z dwójką dzieci (62%). Obstawiam, że nie są to wyborcy jednej partii.
Lata lecą
Mam wrażenie, że huśtamy się na huśtawce. W sensie, że posłużę się cytatem- My, Naród. Zmienił się ustrój, a my natychmiast zapominamy o tym, co nie było samym złem. Nie, no przecież wszystko było źle... Na pewno? Postawiliśmy natychmiast na indywidualizm. Skrajnie.
Nie gloryfikując tamtego czasu, nie myśleliśmy trochę bardziej kolektywnie?
O tym zeszmaconym teraz pojęciu - wspólne?
Myśląc wspólnie, myślę sobie o moim mieście, w którym zlikwidowano hutę, Kasprzak i garbarnię. Trzy największe zakłady pracy. No przecież wędka, te sprawy, każdy może itp. Nie, nie każdy mógł się dorobić. Nie każdy mógł wyjechać za granicę. Nie wszyscy mogą zostać dyrektorami ani prowadzić swoją firmę. Zresztą...to kto wam wtedy kran naprawi? I kto zastanawiał się, co ci ludzie mają ze sobą zrobić?
Dlaczego tak trudno ludzi zaktywizować, nawet jeśli ich samych dotyczą sprawy, o których się mówi? Może dlatego, że kiedyś powiedziano im, że będzie dobrze i uwierzyli. A potem im powiedziano, że to, że nie mają pracy i pieniędzy to ich samych wina. Bo nie są przedsiębiorczy. Za to mają — jak dobrze pójdzie — umowę zlecenia i/lub perspektywę wyjazdu za granicę. Więc to, co ich zajmuje na co dzień, to pytanie — jak przeżyć? Klasy społeczne odjechały od siebie o lata świetlne. Tym, że ktoś niżej dostaje robotę po znajomości nikt się już nie ekscytuje. Ani piętnuje. Raczej czuje żal, że sam znajomości nie ma.
Jak pisałam, dlaczego obywatel ma się zatroszczyć o państwo, które miało w nosie to, czy sprzedawczyni w sklepie nie dźwiga zbyt dużo, czy to, że jak emeryt kupi leki, to mu nie zostanie na jedzenie. Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Myślę, że nie od rzeczy byłoby organizować wyjazdowe posiedzenia Sejmu. Nie po miastach wojewódzkich, tylko mniejszych. I kwaterować po chałupach losowo.
Halo! Tu jest Polska!
„Do 1989 roku mit etosowych elit i solidarnego społeczeństwa był czynnikiem budującym poczucie narodowej jedności. Po 1989 roku stał się źródłem społecznego rozczarowania i frustracji bezideowym światem polityki." (Jacek Wasilewski, Znak, październik 2011, nr 677)
Jak czytam o nowym ruchu obywatelskim, tworzonym przez polityków, to trochę robi mi się zimno. Trochę, jak wtedy, kiedy czytam o projekcie „nowa lewica", tworzonym przez starych polityków (stażem — żeby nie było). I znowu mnie będą uczyć demokracji. No to ja już chyba wolę zostać nieukiem. W każdym razie powtórzę, że jak już powracacie z tych marszów, zainteresujcie się tym, co macie najbliżej. I faktycznie, zacznijcie budować od fundamentów, nie od dymu z komina.