
Głos nawołującego muezzina zatrzymuje czas. Wszystko staje w miejscu- myśli, sprawunki, podróż. Dobrze pamiętam tamte momenty. Niektóre chciałoby się utrwalić na zawsze. Poranki w Indonezji to przenikanie się różnych odgłosów. Pianie koguta przeplata się z donośnym głosem muezzina. Miasto budzi się do życia. Jest wcześnie. Ruszamy na jedną z najwspanialszych wypraw i to chyba nie tylko w czasie tej podróży. Przed nami cztery wspaniałe dni. Dni, które spędzimy pływając po morzach i oceanach archipelagu Małych Wysp Sundajskich Wschodnich, będziemy tam gdzie łączą się wzburzone wody Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Zobaczymy wspaniałe wyspy, odwiedzimy Komodo, Rincę, bajkowe plaże. Będziemy podziwiać cuda natury, unikalną faunę i florę.
W Labuan wsiedliśmy na wyczarterowaną łódź, która służyła nam za dom przez następne dni.
Wieczór. Na horyzoncie feria barw. Podziwiamy słońce chowające się za rozrzucone po okolicy wyspy. Tafla wody nabiera pomarańczowo - purpurowych odcieni. Płonące niebo pochłania kolejne połacie błękitu. Ubarwiają je magicznie skonstruowane formacje chmur.
Obserwujemy przepiękny zachód słońca nad mangrowym lasem. W skupieniu patrzymy jak tysiące nietoperzy wraz z nadejściem nocy opuszczają schronienie w lesie i przelatują tuż nad naszymi głowami udając się na kolejną wyspę.
Śpimy na łodzi. A to naprawdę jest coś! Po gorącym dniu noce są miłą odmianą. Po upale nie ma już śladu. Wieczór nadchodzi nagle, w ciągu kilku chwil robi się ciemno i nastaje noc.
Leżymy w kajucie i obserwujemy przez otwarte drzwi i okna rozgwieżdżone niebo. Jest niesamowite, nigdy wcześniej nie widziałam tak pięknych gwiazd. Wydaje się, że jest ich wielokrotnie więcej niż gdziekolwiek indziej. Otacza nas całkowita ciemność i jedynie księżyc rozprasza nieco zmrok.
Noce spędzamy na morzu. Nie zawijamy do portów. Kapitan zna te okolice jak własną kieszeń, cumujemy w zatokach, niekiedy rzucamy kotwicę na otwartym morzu. Przeważnie jesteśmy zupełnie sami, czasem w okolicy cumują inne łodzie, dwie, trzy, nie więcej.
Leżę na koi i wpatruję się w niebo. Wielka Niedźwiedzica, Mała Niedźwiedzica, Kasjopea, Krzyż Południa, widzę je tak wyraźnie po raz pierwszy. Wydają się być na wyciagnięcie ręki.
Nigdy tak nie kontemplowałam nieba pełnego gwiazd. I ta cisza. Absolutna, niemalże niczym nie zmącona. Dochodzą do nas jedynie ciche odgłosy morza, czasem plusk, głośniejszy chlupot. Morze żyje, otacza nas i fascynuje tajemniczymi głosami.
Warany mogą osiągać nawet 3 metry długości, są niezwykle szybkie, patrząc na ich rozmiary i budowę aż trudno wyobrazić sobie jak są sprawne, również czujne i agresywne. Smoki z Komodo to kanibale. Samice pożerają własne dzieci, polują niemalże od urodzenia. Mimo, że potrafią poruszać się z prędkością nawet 20 km/h to ich ulubioną metodą polowania jest nieruchome oczekiwanie w trawie na przechodzące obok zwierzęta. Może to być szczur, małpa czy bawół błotny. Nie ważne, że niektóre z nich są większe i silniejsze niż smoki. Raz ugryzione zostają zainfekowane bakteriami znajdującymi się w paszczy smoka. Śmierć jest nieuchronna, przychodzi powoli. Warany podążają za konającą ofiarą czekając na jej śmierć. Trwa to około tygodnia, aż ukąszona ofiara pada. Smok już czeka i następuje uczta. Szybko zjawia się cała grupa waranów zwabiona zapachem krwi. Zgodnie z hierarchią przystępują do rozszarpywania zwierzęcia. W przypadku bawoła trwa to 2-3 dni.
Byliśmy ich bardzo ciekawi.
To był wspaniały dzień. Przydzielono nam przewodnika - rangera, który miał przez cały czas czuwać nad nami. Przedstawił nam zasady obowiązujące podczas zwiedzania Parku. Wybraliśmy trasę, którą zamierzaliśmy przejść. Najdłuższą z możliwych. Ruszyliśmy.
Otaczały nas wspaniałe krajobrazy, piękne widoki, droga wiła się to w górę to w dół, przechodziliśmy przez tropikalny las, maszerowaliśmy po wzgórzach i pagórkach podziwiając połyskujące w oddali morze. Ale nie widoki były tu najważniejsze, czekaliśmy na spotkanie z waranami.
I udało się. Zobaczyliśmy te wspaniałe, imponujące gady kilkukrotnie. W gąszczu zarośli, wygrzewające się w gorącym, tropikalnym słońcu, sunące do wodopoju, umykające przed naszym wzrokiem głęboko w tropikalnym lesie. Trzeba przyznać, że robią wrażenie i zrobiły też na nas. Są imponujące, ogromne, przypominają prehistoryczne stwory, które jakimś cudem przetrwały do naszych czasów.
Udało nam się również zrobić kilka naprawdę wspaniałych zdjęć. Również przewodnik uwiecznił nas na zdjęciach z waranami. Mamy pamiątki, mamy przeżycia, wspaniałe spędziliśmy czas napawając się widokami, obserwując rownież inne zwierzęta, jelenie, bawoły, małpy, najróżniejsze ptactwo i niesamowitą przyrodę.
A cały czas przecież mieliśmy świadomość, że to nie koniec naszej przygody z waranami. Następnego dnia płynęliśmy na Komodo gdzie rownież zamierzaliśmy spotkać te niesamowite gady.
I tak się stało. Różne są opinie dotyczące możliwości spotkania waranów na Komodo. Niektórzy twierdzą, ż właśnie tu łatwiej o nie, ponieważ na Komodo jest ich więcej, ale rownież wyspa jest dużo większa od Rinci, gdzie populacja Smoków jest mniejsza, ale tereny które zamieszkują są zdecydowanie mniejsze. Liczyliśmy na łut szczęścia. I tym razem rownież się udało. Choć był moment, że zaczęliśmy tracić nadzieję. Nasz trekking trwał już naprawdę długo, było gorąco, a my byliśmy zmęczeni, a waranów nigdzie nie było widać. Podziwialiśmy inne zwierzęta, wspaniałą przyrodę, przewodnik przytaczał ciekawe opowieści przyrodnicze, czas płynął, a my powoli traciliśmy nadzieję. I znowu nam się udało. Tuż przed nami z ogromnej nory, ukrytej pod skarpą wypełzł ogromny waran. Zdradził go głośny szelest liści, które w tym miejscu szczelnie okrywały ziemię. " To samiec"- poinformował nas przewodnik i wszyscy ruszyliśmy za nim. Nie było to łatwe, gdyż poruszał się bardzo szybko, wręcz nadspodziewanie szybko, ruszył w gęsty las i największe zarośla. My jednak nie dawaliśmy za wygraną i ku niezadowoleniu naszego rangera ( zdecydowanie zeszliśmy ze szlaku) gnaliśmy w pościgu za gadem. Waran w pewnym momencie zatrzymał się i zastygł w bezruchu. Ujrzeliśmy go w pełnej krasie. Zachęceni chcieliśmy podejść jeszcze bliżej, ale strażnik powstrzymał nas ostrzegając przed ewentualnym atakiem. Widowiskowo łapał się za głowę, gestykulował, robił co mógł aby zniechęcić nas do zbliżania się do warana. Sam wyposażony jedynie w długi, rozwarty na końcu kij asekurował nas i energicznie namawiał do powrotu na szlak. Po zrobieniu serii zdjęć posłusznie udaliśmy się w drogę powrotną.
Mieliśmy jeszcze okazję obserwować kilka innych waranów wałęsających się po okolicy, kilka młodych samców i samic. Choć zdawaliśmy sobie sprawę, ze zostały tu zwabione zapachami to ich widok na tle morza, sunących w zachodzącym słońcu był niesamowity.
Póżniej ruszyliśmy na Pink Beach. Miejsce to wzięło swoją nazwę od zabarwienia piasku, który kolor zawdzięcza drobinkom rafy koralowej. W morzu znajduje się potężna, czerwona rafa koralowa. Wypłukiwana przez setki lat zabarwiła piasek na niesamowity kolor. Można było znaleść tam wspaniałe okazy rzadkiej, rubinowo czerwonej rafy wyrzuconej przez morze na piasek. Jaka szkoda, że nie można było jej zabrać do Polski!
Jako, że był bezwietrzny dzień i morze było spokojne popłynęliśmy w miejsce gdzie można spotkać ogromne płaszczki. Zwierzęta te nie lubią wietrznej pogody i zmąconej wody, była wiec duża szansa, ze zobaczymy je i będziemy mieli okazję z nimi popływać. Początkowo, gdy Jay zaproponował nam kąpiel z mantami myślałam, że to żart.
Przypomniał mi się śmiertelny wypadek znanego przyrodnika i dziennikarza, "łowcy krokodyli" Steva Irvina, który po niefortunnym spotkaniu z płaszczką ugodzony kolcem w klatkę piersiową wkrótce zmarł. Irvin nurkował na Wielkiej Rafie Koralowej w Australii gdzie filmował podwodny świat. Eksperci są zgodni, że tego typu zdarzenia należą do rzadkości. Był to dopiero trzeci zanotowany w Australii przypadek śmiertelnego ataku płaszczki, które z natury są łagodnymi zwierzętami. Dlaczego więc doszło do ataku? Nie wiadomo, badania cały czas trwają.
