Na naszych oczach dokonuje się akt kryminalny na filmowych "kryminałach". Zabijają nam "kryminały"!
REKLAMA
Na naszych oczach dokonuje się akt kryminalny na filmowych "kryminałach". Zabijają nam "kryminały"! W dobrych czasach takie filmy to były rebusy–zagadki, z niezawodnym, spokojnym geniuszem, który je rozwiązywał w salonie, albo zagadki w atmosferze napięcia, akcji, niebezpieczeństwa, gdzie geniusz bohatera musiał iść w parze z jego niezniszczalnością, czarnym humorem i mistrzostwem dialogów.
To było – teraz nasz detektyw ma rodzinę! Upierdliwą żonę, która po kilkunastu latach małżeństwa dziwi się, że facet ma nielimitowany czas pracy, a jak się już zdziwi, to się wyprowadza do mamusi. Zabierając dzieci. Dzieci mają bardzo ważne mecze w szkole albo przedstawienia kółka teatralnego, na które tatuś obiecał przyjść, ale seryjny morderca nie śpi, tylko mu przysyła prowokujące liściki, więc tatuś daje się wciągnąć, nawala dziecku, dziecko go nienawidzi, brzydko się do niego odzywa, no i razem z mamusią olewają tatusia. W pracy tatuś nie ma lekko (albo miał - bo dziś, np. ostatni dzień przed emeryturą). Szef skorumpowany albo idiota, który nie rozumie oczywistych oczywistości; koledzy – mało, że słabo rozgarnięci , to padają jak muchy, bo nie chcą czekać na wsparcie i pchają się sami do, najlepiej, dwuhektarowego ciemnego magazynu, w którym, poza mordercą nikt jakoś nie pilnuje tych beczek z łatwopalnymi cieczami, które mu na końcu, w wielkim finale dadzą "popalić", hue, hue. To bydle, zanim słusznie spłonie w płomieniach, to już nie jakiś zwykły zazdrosny mąż/kochanek, złodziej dużej kasy albo przebiegły szpieg czy mafiozo. On ma w piwnicy ołtarzyk z dużą ilością palących się kaganków, ściany wytapetowane dokumentami własnych osiągnięć oraz słoikami z ludzkimi szczątkami w formalinie; a w norze goła bidulka, czekająca na rozczłonkowanie, najlepiej piłą. Skandynawowie produkujący masowo psychologizujące gnioty - nie wiadomo dlaczego nazywane teraz literaturą – którzy nie mieli w swoich nudnych, czystych kraikach do czego się przyczepić poza nudą, mają już na szczęście nie tylko swojego Brevika ale i całą okropną imigrację (uwaga! przypływającą - promem z Polski! Jesteśmy obecni w literaturze światowej!) Nawet Anglicy dali się na to złapać. Szekspirowski aktor Branagh hamletyzuje ganiając nieprzyjemny element z Łotwy, lub z Bałkanów, podrabiając swój szwedzki, dość obleśny, pierwowzór, który przy tym zapominał o żonie, byłej narzeczonej, dziecku, chorym tatusiu (niepotrzebne skreślić).
Eh, żal Chandlera.
To było – teraz nasz detektyw ma rodzinę! Upierdliwą żonę, która po kilkunastu latach małżeństwa dziwi się, że facet ma nielimitowany czas pracy, a jak się już zdziwi, to się wyprowadza do mamusi. Zabierając dzieci. Dzieci mają bardzo ważne mecze w szkole albo przedstawienia kółka teatralnego, na które tatuś obiecał przyjść, ale seryjny morderca nie śpi, tylko mu przysyła prowokujące liściki, więc tatuś daje się wciągnąć, nawala dziecku, dziecko go nienawidzi, brzydko się do niego odzywa, no i razem z mamusią olewają tatusia. W pracy tatuś nie ma lekko (albo miał - bo dziś, np. ostatni dzień przed emeryturą). Szef skorumpowany albo idiota, który nie rozumie oczywistych oczywistości; koledzy – mało, że słabo rozgarnięci , to padają jak muchy, bo nie chcą czekać na wsparcie i pchają się sami do, najlepiej, dwuhektarowego ciemnego magazynu, w którym, poza mordercą nikt jakoś nie pilnuje tych beczek z łatwopalnymi cieczami, które mu na końcu, w wielkim finale dadzą "popalić", hue, hue. To bydle, zanim słusznie spłonie w płomieniach, to już nie jakiś zwykły zazdrosny mąż/kochanek, złodziej dużej kasy albo przebiegły szpieg czy mafiozo. On ma w piwnicy ołtarzyk z dużą ilością palących się kaganków, ściany wytapetowane dokumentami własnych osiągnięć oraz słoikami z ludzkimi szczątkami w formalinie; a w norze goła bidulka, czekająca na rozczłonkowanie, najlepiej piłą. Skandynawowie produkujący masowo psychologizujące gnioty - nie wiadomo dlaczego nazywane teraz literaturą – którzy nie mieli w swoich nudnych, czystych kraikach do czego się przyczepić poza nudą, mają już na szczęście nie tylko swojego Brevika ale i całą okropną imigrację (uwaga! przypływającą - promem z Polski! Jesteśmy obecni w literaturze światowej!) Nawet Anglicy dali się na to złapać. Szekspirowski aktor Branagh hamletyzuje ganiając nieprzyjemny element z Łotwy, lub z Bałkanów, podrabiając swój szwedzki, dość obleśny, pierwowzór, który przy tym zapominał o żonie, byłej narzeczonej, dziecku, chorym tatusiu (niepotrzebne skreślić).
Eh, żal Chandlera.
