O korupcji w przemyśle farmaceutycznym trzeba rozmawiać otwarcie. Podobnie jak o chorobach, które niegdyś uchodziły za wstydliwe. Dzisiaj wiemy, że nie ma wstydliwych chorób. Są tylko takie, które wymagają mądrej profilaktyki i radykalnego leczenia...
REKLAMA
Czytając prasę codzienną i niecodzienną można by odnieść wrażenie, że branża farmaceutyczna jest szczególnie podatna na chorobę korupcji. W rzeczywistości jednak jej problemy są objawem braku zdrowych relacji biznesu i sfery publicznej, począwszy od ochrony zdrowia przez administrację do polityki. Z tego względu warto zastanowić się nie tyle nad nie budzącym kontrowersji leczeniem tej patologii, ile nad skutecznymi metodami jej zapobiegania. Zwłaszcza, że nie wszyscy wydają się być odpowiednio uświadomieni.
Big Pharma jest słusznie uważana za jeden z najbardziej atrakcyjnych sektorów światowej gospodarki. Przede wszystkim dzięki rentowności, stałemu wzrostowi oraz specyfice potrzeb, które zaspokaja. Stabilność zawdzięcza w dużej mierze reinwestowaniu znacznej części zysku w badania i rozwój, co dodatkowo podnosi barierę wejścia na rynek. Skutkiem tego wielkie koncerny, poniekąd skazane na siebie, prezentują coraz bardziej ofensywne strategie. Bywa, że balansują na pograniczu norm prawnych i etycznych. Ogromna stawka sprawia, że przy stole wciąż trafiają się gracze, którzy nie wahają się łamać reguły gry, narażając ludzkie zdrowie i życie (nie bójmy się tego słowa), nie mówiąc o wizerunku firmy i swoim własnym. Zjawisko to występuje zresztą w każdej branży, pod każdą szerokością geograficzną i jest – niestety – stare jak świat...
W każdym porządku prawnym korupcja podlega sankcjom karnym. Zło należy nazwać złem i osądzić sprawiedliwie wg norm obowiązujących w danym państwie. Tym niemniej naruszenie norm w organizacji - publicznej czy biznesowej - nie jest tożsame z przestępstwem zorganizowanym. Korpucja jest przede wszystkim chorobą ludzkiej moralności, nie kultury organizacyjnej. Choć niestety system wartości może niekiedy stanowić dla niej podatny grunt. Wszakże każdą organizację tworzą ludzie i ludziska. Dlatego tak trudno tę chorobę wyleczyć...
Stąd właśnie kluczowego znaczenia nabiera mądra profilaktyka. Reguły gry najłatwiej jest łamać, gdy są kruche i niejasne. Kiedy ich znajomość ogranicza się do wąskich grup interesów, z pominięciem opinii publicznej i kontroli sprawowanej przez obywateli. Na nic zatem proceduralne zasieki, jeśli bramy urzędów wciąż pozostają zastrzaśnięte na głucho. W jednym z wywiadów prominentny urzędnik pochwalił się, że za jego kadencji wprowadzono bramki oraz cyfrową rejestrację rozmów z firmami. Cóż, nawet w kiepskich kryminałach korumpujący z korumpowanymi mają zwyczaj spotykać się na cmentarzach, w opuszczonych fabrykach albo w lesie... Zapobieganie korupcji nie może polegać na nalepianiu plastra na urzędnicze sumienia!
Zgodnie z logiką demokratycznego państwa do urzędu przychodzimy, aby rozwiązywać problemy, nie by je stwarzać. Oczekiwanie rzeczowej rozmowy i jasnego przekazu nie powinno budzić po żadnej ze stron niepokoju ani niezrozumienia. Jeśli zaś intencje wydadzą się komuś wątpliwe, nie ma lepszego sposobu, niż starać się je wyjaśnić. Do tego najlepsza jest rozmowa, niechby nagrywana w jakości HD. Klarowne zasady i społeczny nadzór nad ich stosowaniem wydają się być najlepszą, jeśli nie jedyną receptą. Im lepiej oznakowana droga, tym mniej przydatne są kompas i mapa. Im więcej przeciętny obywatel wie o tym: czy, kiedy i na jakich zasadach otrzyma usługę medyczną lub lek, tym mniej przestrzeni ukrytej „pod stołem”. Bramki i dyktafony działają z pewnością bez zarzutu. Problem polega na tym, że włącza się je chyba rzadko, bo okazji do rozmów jakoś niewiele. A jeśli już uda się porozmawiać, to urzędnicze odpowiedzi na zadawane pytania brzmią zazwyczaj zawile jak delficka wyrocznia. Kto nie wierzy, niech odsłucha...
