Podgrzewanie nastrojów jest atrakcyjne medialnie, ponieważ trafia w potrzeby odbiorców. Niestety na koniec obraca się przeciwko nam wszystkim sprawiając, że ufamy sobie coraz mniej...
REKLAMA
Rolą blogera jest komentowanie rzeczywistości. Podobnie jak dziennikarza. O ile jednak bloger z definicji może sobie pozwolić na pewną nonszalancję, o tyle zawodowego publicystę powinno powstrzymać od niej brzemię odpowiedzialności za słowo. W szczególności wypowiadane przez urzędnika państwowego.
Niedawny wywiad ministra zdrowia – nb. dla poważnego dziennika - budzi pewną otuchę. Sceptycy powiedzą, że gazetowy papier wytrzyma niejedno. Trudno jednak nie dostrzec na nim jaskółki nowego ładu. Nawet jeśli ogranicza się on wyłącznie do słów. Sama zmiana retoryki jest krokiem w dobrym kierunku, ponieważ zbliża adwersarzy. Zapytany m.in. o korupcję w branży farmaceutycznej minister odpowiada „Nie chcę walczyć z koncernami, chcę ich przejrzystych relacji z państwem i lekarzami”. Mimo jednoznacznie przejrzystej odpowiedzi dziennikarka – skądinąd uznana i doświadczona – dalej pyta: „Idzie pan na wojnę z koncernami?” Niezrażony minister odpowiada ponownie „To nie wojna, ale nowe zasady...”. Taka odpowiedź wyraźnie nie satysfakcjonuje pani redaktor, bowiem w kolejnym zdaniu uparcie wraca do „wypowiadania wojny amerykańskim i europejskim gigantom farmaceutycznym”, aż interlokutor zmuszony jest zatrzymać spiralę jej bojowego nastroju wolą rezygnacji „z tej militarnej nomenklatury”. Dialektyka pozostałych fragmentów rozmowy jest podobna, choć mniej spektakularna. W efekcie ministrowi, mimo osiągnięcia szczytów dyplomacji, na koniec i tak zostaje przyprawiona „gęba” tabloidowego Chucka Norrisa obiecującego „koniec z chałturzeniem lekarzy i wszechwładzą NFZ, poskromienie koncernów farmaceutycznych...” Niby zabawnie, tylko po co?
Mam oczywiście świadomość, że prawa medialnego rynku wymuszają tabloidyzację tzw. przestrzeni publicznej. Tym niemniej odpowiedzialne dziennikarstwo powinna cechować świadomość konsekwencji tego zjawiska. Jedną z bardziej dokuczliwych bolączek naszego społeczeństwa jest dramatycznie niski poziom zaufania. Dowodzą tego poważne badania socjologiczne. Nie ufamy sobie nawzajem, nie ufamy politykom, urzędnikom, lekarzom, biznesmenom. Dziennikarzom zresztą też. Intencje drugiej strony zwykle wydają się podejrzane, więc o normalnej rozmowie można zapomnieć. A skoro nie ma dialogu, nie ma też szans na kompromis. Pozostaje frustracja i wzajemna niechęć. Istniejące bariery biurokratyczne pod wpływem emocji rosną jak grzyby po deszczu. Wraz z nimi narasta dysfunkcja urzędów i instytucji. Wszyscy wiedzą, że podgrzewanie nastrojów jest atrakcyjne medialnie, ponieważ trafia w potrzeby odbiorcy. Ale, że koniec końców obraca się przeciwko niemu, ponieważ wzmacnia brak społecznego zaufania wydaje się obchodzić niewielu. Tymczasem chciałoby się, aby odpowiedzialni dziennikarze poważnych tytułów stanowili od tej reguły chlubny wyjątek...
