Polscy chorzy na RZS są leczeni mniej skutecznie, niż pacjenci w Europie zachodniej. Niektóre różnice można próbować tłumaczyć poziomem nakładów. Inne (szybka diagnostyka, wczesne leczenie tanimi lekami „klasycznymi) nie wytrzymują tego porównania...
REKLAMA
Spora ilość „lajków” pod ostatnim postem zachęciła mnie do kontynuacji ubiegłotygodniowego tematu. Potwierdza się stara prawda, że jedynie z perspektywy pacjenta widać, czy system działa czy nie. W jednym z pierwszych tekstów poruszających problem niskiej pozycji Polski w rankingu Euro Consumer Health 2012, pozwoliłem sobie zacytować komentarz eksperta Adama Kozierkiewicza: „Dla rządu pacjenci nie są priorytetem i to jest główny problem. Jeśli rząd przejmuje się służbą zdrowia, kładzie nacisk na zaspokojenie potrzeb świadczeniodawców, czyli lekarzy i szpitali. Mniej liczą się potrzeby pacjenta.” Tymczasem dla opinii publicznej, którą skutecznie jak nikt inny reprezentują internauci, punkt widzenia środowisk branżowych jest w gruncie rzeczy mało ważny. I trudno się temu dziwić...
Zazwyczaj staram się unikać stawiania diagnoz. Wolę poprzestać na zadawaniu pytań, na które odpowiedzi znajdują zazwyczaj czytelnicy i komentatorzy. Dla części z nich perspektywa sektora farmaceutycznego a priori wyklucza obiektywizm. Staram się zatem opisać fragment rzeczywistości garścią mierzalnych faktów, wnioski pozostawiając odbiorcy. Tym razem jednak chciałbym zrobić wyjątek. Skoro grupa czytelników zechciała uznać przekaz za obiektywny i wiarygodny, winien im jestem moją ocenę sytuacji. Problem społecznego i zawodowego wykluczenia chorych na RZS jest faktem. Wydaje się, że dobrze wiemy dlaczego, tylko nie dość chcemy temu zaradzić.
To truizm, ale pierwszym warunkiem skutecznego leczenia każdej choroby jest jej rozpoznanie zanim dokona zniszczeń. Niestety – podobnie jak w wielu innych sytuacjach – osoby chorujące „na stawy” zbyt późno trafiają do reumatologa. Bagatelizują pierwsze objawy, leczą się lub są leczeni przeciwbólowo, czekają miesiącami w kolejce do specjalisty. Wie o tym środowisko, czego dowodem są inicjatywy w rodzaju bydgoskiego „Programu wczesnego wykrywania zapaleń stawów” Okazuje się, że są sposoby na systemową bezwładność. Dobra współpraca z lekarzami rodzinnymi i udostępnienie najbardziej chorym „szybkiej ścieżki” sprawia, że województwo Kujawsko – Pomorskie od lat cieszy się najlepszą opieką reumatologiczną. Chcieć, to móc. Szkoda, że nie wszyscy chcą. Co stoi na przeszkodzie, aby powielić ten przykład czyniąc go złotym standardem?
Zgodnie z obowiązującymi (w Polsce, w Europie i na świecie) zasadami postępowania chory z rozpoznanym RZS powinien jak najszybciej otrzymać leczenie przy użyciu tzw. leków modyfikujących przebieg choroby. Mimo, że są stosowane od dziesiątków lat, wciąż działają skutecznie u blisko 80% pacjentów. Oczywiście podane w porę i w dawce dostosowanej do aktywności choroby. Mają za zadanie wyhamować proces zapalny i nie dopuścić do destrukcji stawów. Aktywność choroby powina być oceniana co 3 – 6 miesięcy, aby – u tych 20% którzy nie odpowiedzą na leczenie „klasyczne” – można było dołączyć tzw. leczenie biologiczne, czyli możliwie najnowocześniejszą broń w walce z chorobą. Obecnie w Polsce jest leczonych biologicznie około 3000 chorych, czyli niewiele ponad 1%. Dla porównania średnia w UE wynosi 10,5%. Po co to wszystko? Ponieważ celem jest – zgodnie z rekomendacjami Europejskiej Ligi do Walki z Reumatyzmem (EULAR) – utrzymanie jak najlepszej jakości życia chorego oraz zapewnienie aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym. W przekładzie na język faktów stawką jest remisja choroby, która umożliwia pacjentowi i jego otoczeniu (przynajmniej na jakiś czas) zapomnieć, że jest chory...
Wynik leczenia nie jest dzisiaj oczywiście oceniany „na wiarę”, ale przy pomocy obiektywnych wskaźników. Jednym prostszych, a zarazem bardziej uniwersalnych jest tzw. indeks aktywności choroby DAS28. Wylicza się go m.in. w oparciu o liczbę bolesnych i obrzękniętych stawów oraz wynik badania OB lub CRP. Wg kryteriów EULAR o remisji mówimy wtedy, gdy DAS28 wynosi poniżej 2,6. Wartość wyższa niż 5,1 świadczy o dużej aktywności choroby, podczas gdy wartości pośrednie oznaczają niską i umiarkowaną. Opublikowane w 2009 roku duże badanie porównujące uśrednioną aktywność choroby w 25 krajach i badające związek pomiędzy wysokością PKB a wynikami leczenia pokazało istotne różnice. Bogate kraje „starej” Europy mogą się pochwalić wynikami DAS28 od 3,1 (Holandia) do 4,5 (Włochy), gdy w Polsce wartość ta wynosi 5,3. W krajach opisywanych poprzednio tj. w Estonii i na Łotwie średnia wartość DAS28 kształtuje się na poziomie odpowiednio 4,7 i 5,2.
Wnioski nasuwają się same. Polscy chorzy są leczeni mniej skutecznie, niż pacjenci w Europie zachodniej. Niektóre różnice można próbować tłumaczyć poziomem nakładów. Inne (szybka diagnostyka, wczesne leczenie tanimi lekami „klasycznymi) nie wytrzymują tego porównania. Ponadto opieka medyczna to nie wszystko, o czym wciąż zapominamy. Pieniądze pozornie zaoszczędzone na leczeniu wydajemy w czwórnasób w postaci rent i zasiłków. Przykład Łotwy pokazuje, że pomimo ograniczeń można wykształcić mechanizmy wspierające aktywność zawodową. Ponieważ "utrzymanie jak najlepszej jakości życia chorego oraz zapewnienie aktywnego uczestnictwa w życiu społecznym” zwyczajnie się państwu opłaca. Trzysta tysięcy reumatyków żyje wśród nas. Zróbmy, co do nas należy, aby mogli żyć naprawdę ‘wśród’, a nie ‘obok’ nas...
