
Często gości na salonach. Pojawia się niepostrzeżenie, ale trudno go nie dostrzec. Lubi zabierać głos, choć rzadko się przedstawia. Wolałby pozostać anonimowy, lecz znają go wszyscy. Nazywa się konflikt. Konflikt interesów.
REKLAMA
Zazwyczaj mówimy o nim w kontekście podwójnej lojalności. Kiedy działając na naszą korzyść działamy jednocześnie wbrew interesowi kogoś, wobec kogo powinniśmy być lojalni. Bliższe i dalsze otoczenie przykładów nie skąpi. Naukowiec prowadzący badania sponsorowane przez przemysł, ordynujący w publicznym szpitalu lekarz, który jest jednocześnie właścicielem prywatnej kliniki, konsultant doradzający konkurującym ze sobą firmom, wreszcie polityk tworzący prawo związany (choćby rodzinnie) z przedsięwzięciami, których los od tego prawa zależy. Konflikt interesu ma wiele twarzy i demokratycznie przenika wszystkie sfery działalności społecznej, politycznej, naukowej i gospodarczej. Chcąc niechcąc stał się elementem codzienności, zarówno w życiu publicznym jak i – o zgrozo - prywatnym.
Zgodnie z uproszczoną typologią konflikt interesu może mieć charakter rzeczywisty lub potencjalny. Z praktycznego punktu widzenia nie ma to jednak większego znaczenia. Wciąż zacieśniająca się sieć kontaktów i dynamika obiegu informacji sprawiają, że sytuacje konfliktowe stały się nieunikniowe. Próba ich eliminowania za wszelką cenę niesie ryzyko przysłowiowego wylania dziecka z kąpielą. Nie ma potrzeby ograniczania intelektualnego potencjału ani swobody wypowiedzi. Dużo lepiej otwarcie ujawniać swoje powiązania, nie czekając aż zapyta o nie dociekliwy audytor lub dziennikarz. Naprawdę wartościowe rozwiązania – wzorem prawdziwej cnoty - nie powinny obawiać się nieuzasadnionych posądzeń.
Nie jestem naukowcem, konsultantem ani politykiem, powstrzymam się więc od wchodzenia w nieswoje buty. Wszelako z pełną odpowiedzialnością śmiem stwierdzić, że utrata kontroli nad konfliktami interesów jest destrukcyjna także dla przedsiębiorstwa. Spektakularnym przykładem jest - tyleż sławna, co niesławna - historia Enronu, stanowiąca cezurę w postrzeganiu tzw. etyki biznesu. Skutkiem tego w dzisiejszych realiach każda firma, która chce uniknąć bankructwa, a przy okazji rozwijać się bez uszczerbku na wizerunku, stosuje środki zapobiegawcze. Firmy działające w branży medycznej i farmaceutycznej, są tego nomen omen klinicznym przykładem. Nawet jeśli poddamy w wątpliwość ich systemy wartości, ujawnianie konfliktu interesów jest dziś przejawem czystego pragmatyzmu.
Być może powinienem napisać w tym miejscu o kodeksach etycznych, wymaganiach wobec zarządów i pracowników, nakazach, zakazach i procedurach. Z roku na rok stają się coraz bardziej szczegółowe i rozbudowane, coraz silniej regulując codzienność korporacyjną oraz osobistą. Można to sprawdzić, firmy zazwyczaj chętnie ujawniają swoją politykę w tym zakresie. Nie napiszę jednak, ponieważ praktyczne doświadczenia w tej materii są wciąż zbyt skromne. Świadomość niszczącego wpływu konfliktu interesów na ład korporacyjny, gospodarczy i społeczny jest u nas ciągle zbyt niska, podobnie jak świadomość konieczności jego ujawniania wśród liderów biznesu, nauki czy polityki. Jak pisze znawczyni tematu, Prof. Anna Lewicka – Strzałecka „młoda gospodarka rynkowa szybko przywróciła interesowi własnemu konkretny, godny akceptacji wymiar, natomiast dobro wspólne, interes publiczny czy organizacji pozostały w sferze abstrakcji i odległych, trochę anachronicznych ideałów”.
Jeden z Komentatorów pytał ostatnio jak pogodzić interes firmy farmaceutycznej z interesem pacjenta? Bo przecież firma chciałaby mieć wysokie i stabilne przychody, zaś pacjent chciałby się leczyć krótko, skutecznie i tanio. Takie pytania można mnożyć. Jak pogodzić interes pacjenta z interesem lekarza? Interes banku czy towarzystwa ubezpieczeniowego z interesem klienta? Interes pracownika i pracodawcy? Klienta i dostawcy? Firmę – każdą – tworzą ludzie. My sami, nasi krewni, znajomi i sąsiedzi. Codziennie nosimy do pracy naszą własną hierarchię wartości. Na poziomie indywidualnym każdy z nas – gorzej lub lepiej - godzi interes własny z interesem innych. Fakt, czasem nie jest to łatwe, ale przecież żyjemy w społeczności, która tego wymaga.
Na poziomie zaś instytucji próbujemy tworzyć ład, który ma im zapewnić sprawne i bezpieczne funkcjonowanie. Określić przestrzeń dla kompromisów. Firma działająca w branży medycznej ma szansę rozwijać się tak długo, jak długo system ochrony zdrowia się bilansuje. Dopóki podaż usług zdrowotnych mniej więcej równoważy popyt. Dopóki ich wartość jest mniej więcej skorelowana z jakością. Dopóki szpital i pacjenta stać na leki. Mówiąc dosadnie – dopóki więcej jest tych, co zdrowieją niż tych, co umierają. W bankrutującym systemie przemysł, szczególnie innowacyjny, nie miałby czego szukać. Z tej perspektywy ekonomika nie kłóci się z etyką. Pomijając fundamentalną kwestię wartości, działanie na szkodę otoczenia (pacjenta, systemu, społeczeństwa) mijałoby się ze zdrowym rozsądkiem. To właśnie dlatego pojęcie ‘zrównoważonego rozwoju’ (tzw. sustainability) jest tak ochoczo odmieniane przez wszystkie przypadki w dzisiejszych strategiach. Godzenie interesów jest kwestią odpowiedzialności. Wszelako wszystkich, nie tylko biznesu...
