REKLAMA
Kiedy piszę, że zadaniem firmy jest przynoszenie zysku właścicielom podnoszą się protesty. Gdy zaś wspominam o społecznej odpowiedzialności widzę powątpiewanie. Nauczyliśmy się patrzyć na biznes w barwach czarno - białych. Stąd język dyskursu pełen jest drażniących sprzeczności.
Jak pisał nieżyjący już znawca etyki biznesu Robert C. Solomon „każda dyscyplina ma własny schlebiający jej słownik. Politycy z lubością używają pojęcia ‘służby publicznej’, podczas gdy w rzeczywistości walczą o władzę, adwokaci bronią naszych ‘praw’ za sowite wynagrodzenie, profesorowie opisują swoją pracę w szlachetnych kategoriach ‘prawdy i wiedzy’, tracąc jednocześnie większość swej energii i czasu na przepychanki na uniwersytetach. Ale w przypadku biznesu ten własny słownik nie wydaje się zbyt pochlebny. Wciąż mówi się tu o ‘zysku jako motywie działania’, nie zdając sobie sprawy, że wyrażenie to ukuli dziewiętnastowieczni socjaliści atakujący biznes, a także jego bezmyślną i nie liczącą się z niczym i nikim pogoń za pieniądzem”.
Bez wątpienia biznes wciąż pełen jest rywalizacji, często nieuczciwej. Z drugiej strony jest on przecież zjawiskiem społecznym, a nie wyścigiem oderwanych od peletonu liderów. Ma sens wyłącznie wtedy, gdy służy społeczności, z którą łączy go wspólnota miejsca i potrzeb. Łatwość z jaką zgadzamy się na jego społeczne wyizolowanie – przypisując wartości odmienne do naszych własnych – stała się fundamentem sformułowanego przez Richarda DeGeorge’a „mitu amoralnego biznesu”. Na jego obraz i podobieństwo został stworzony homo oeconomicus, wyprany z resztek ludzkiej wrażliwości i obywatelskiego myślenia. Dla którego nie liczy się nic, poza zobowiązaniami wobec akcjonariuszy...
Niuans polega na tym, że zysk jako cel nie musi być jednocześnie zasadniczym motywem działania. Gdyby był, zamiast wymyślać nowe leki – co jest procesem trudnym, długotrwałym i kosztownym – co bardziej interesowni gracze zajęliby się prędzej produkcją żywności, operacjami finansowymi lub może nawet handlem bronią. O tym, że zysk tak, ale nie za wszelką cenę, próbuje mówić język misji. W branży farmaceutycznej (przykłady autentyczne, prosto ze stron www) może nią być „zastosowanie innowacji naukowych w celu poprawy zdrowia na świecie” albo „poprawianie jakości życia ludzi, dając im możliwość osiągać więcej, czuć się lepiej i żyć dłużej”. Czasem bardziej rozbudowana: „chcemy odkrywać, opracowywać i wprowadzać na rynek innowacyjne produkty, służące zapobieganiu chorobom oraz ich leczeniu, niosące ulgę w cierpieniu i poprawiające jakość życia. Chcemy również zapewnić naszym udziałowcom zyski stanowiące odzwierciedlenie doskonałych wyników sprzedaży i wynagradzać tych, którzy inwestują swoje pomysły w rozwój naszej firmy”, czasem bardziej zwięzła: „wytyczamy nowe kierunki w medycynie zapewniając unikalne i skuteczne rozwiązania w trosce o zdrowie i życie człowieka” – misja ma za zadanie pokazać, którędy droga...
Przytaczam te słowa – Panie i Panowie – nie po to, by cukrować wizerunek farmaceutycznej branży. Zamiast tego chcę zapytać, co one dla Państwa znaczą? Czy brzmią wiarygodnie? Jakie wywołują emocje? Czy efektowna hiperbola pomaga uwierzyć, że jedynie z perspektywy chorego człowieka sens tej działalności nabiera właściwego wymiaru? Czy tylko skłania do przekornego poszukiwania przykładów działań á rebours?
Żeby nie było zbyt gołosłownie, szczypta danych z Ameryki. Liczba zgonów spowodowanych chorobami układu krążenia pomiędzy rokiem 1997 a 2007 zmniejszyła się o 28%. Częstość zaburzeń gospodarki lipidowej u chorych z cukrzycą w ciągu ostatnich dzisięciu lat zmalała o 31%. Śmiertelność z powodu HIV/AIDS spadła od roku 1995 o 83%. Wskaźnik pięcioletniego przeżycia u chorych na nowotwory złośliwe w latach 1975 – 1979 wynosił 49%, w roku 2003 sięgnął 67%. Podobny wskaźnik u dzieci wzrósł w tym okresie z poziomu 58% do ponad 80%. Czy byłoby to możliwe bez inwestycji w nowe technologie?
W roku 1970 ekonomista Milton Friedman, późniejszy laureat Nagrody Nobla, stwierdził, że „społeczna odpowiedzialność biznesu polega na wzroście zysków”. Chcę wierzyć, że od tego czasu świat poszedł do przodu. Że homo oeconomicus nie wyparł homo sapiens. Że nie mniej ważni od akcjonariuszy są żyjący wśród nas ludzie i ich potrzeby. Że – cytując raz jeszcze Solomona – „kiedy wymagania biznesu kolidują z zasadami moralnymi lub z pomyślnością społeczeństwa, to biznes musi ustąpić”. Misja. Niemożliwe?
