REKLAMA
Pamiętają Państwo serial „Dyrektorzy”? To historia zakładu, kierowanego kolejno przez różnobarwne postacie (‘swój chłop’, ‘bokser’, wieczny zastępca’, ‘ryzykant’). Próba uchwycenia realiów PRL, która w założeniach miała być promocją rządów Edwarda Gierka, mimochodem stała się dość uniwersalną opowieścią o ‘samotności szefa’. Śledząc bieżące wydarzenia miałbym ochotę nakręcić sequel, osadzając go w dzisiejszych realiach przeciętnego, publicznego szpitala.
Pomysł wydaje się tym lepszy, że ostatnimi czasy wszystkie media w ‘prime time’ serwują kolejny sezon mydlanej opery o polskich szpitalach. Scenariusz od lat się nie zmienia. Pod koniec roku tradycyjnie okazuje się, że pieniędzy z kontraktu nie wystarcza. Jako że NFZ niechętnie finansuje tzw. nadwykonania, szpitale odmawiają przyjęć. Wydłużają się kolejki, narasta niezadowolenie, gdzieniegdzie wybucha pożar. Zależnie od tego, co się pali i gdzie się pali, przed kamerami pojawia się dyżurny strażak lub nawet sam komendant, aby wśród błysku fleszy ugasić emocje publiczności informacją ‘kto winien’.
Czarnym charakterem jest najczęściej dyrektor. Bo podpisał taki kontrakt, bo wiedział, że rok ma 12 miesięcy i pieniędzy musi wystarczyć do grudnia, bo za dużo wydaje, bo nie pilnuje dyscypliny etc. Pokażcie dyrektora, paragraf sam się znajdzie. Zdyscyplinować, pogrozić palcem, ośmieszyć, a jak się będzie stawiał, to odwołać. Skoro brakuje pieniędzy, niech będą przynajmniej igrzyska...
Człowiek, który z tzw. służby zdrowia korzysta okazjonalnie, doświadcza boleśnie systemowych bezsensów odbijając się od niej jak od ściany. Jak łatwo wydedukować, im dalej za tą ścianą, tym poziom absurdu większy. W szpitalnej administracji z powodzeniem mógłby umieścić niejednego bohatera Franz Kafka. Negocjacje kontraktu z NFZ najczęściej przebiegają wg zasady: bierz, co dają, więcej nie mamy, jak nam Centrala w trakcie roku „dorzuci” to wam dołożymy... Kto na tym etapie sieje wiatr, tego burza czeka już na początku roku. Podpisuje więc lichy kontrakt z nadzieją na cud, który – jak to cud - zdarza się rzadko i tylko wybranym. Jeśli pamięta o tym, że rok ma 12 miesięcy i stara się w miarę równo podzielić kontrakt, jest natychmiast dyscyplinowany, że „ogranicza dostęp do świadczeń”. Jeśli nie ogranicza dostępu, zazwyczaj już w październiku pieniądze się kończą. Wtedy słyszy zarzut „złego zarządzania kontraktem”...
Drugi dyżurny grzech ochoczo wypominany dyrektorom to „brak panowania nad kosztami”. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że w przeciętnym zakładzie opieki zdrowotnej 2/3 budżetu pochłaniają koszty osobowe. Kto nie unika męskich decyzji i próbuje restrukturyzować zatrudnienie dostosowując je do rzeczywistych potrzeb, musi zmierzyć się z protestami. Te z kolei natychmiast skutkują „ograniczeniem dostępu do świadczeń”, awanturą w mediach i karą dla dyrektora. Ten, kto szuka kompromisu rychło dowiaduje się, że „nie radzi sobie w konfrontacji z załogą”. Kto chciałby zatrzymać najlepszych i uczynić swój zakład atrakcyjnym miejscem pracy zasługuje na karę za rozrzutność w zaspokajaniu „rozdmuchanych roszczeń pracowniczych”, kto ma to w nosie – dyscyplinarka za „nieumiejętne zarządzanie zasobami ludzkimi”.
Pozostała część wydatków to przede wszystkim leki, diagnostyka, usługi zewnętrzne etc. Znakomitą ich większość szpital kupuje w trybie tzw. zamówień publicznych. Z własnego doświadczenia wiem, że ustawa, która w założeniu miała zapewnić racjonalne wydatkowanie publicznych pieniędzy odnosi odwrotny skutek. Niepubliczny szpital zazwyczaj kupuje „na rynku” te same leki czy odczynniki znacznie taniej niż publiczny w przetargu. Ponieważ dyrektor niepublicznego zoz-u nie ma związanych rąk i może z dostawcą negocjować tak długo, aż osiągnie swój cel. A jak nie, znajdzie na jego miejsce szereg innych. A nad jego kolegą w szpitalu publicznym wisi miecz Damoklesa w postaci klauzul, terminów, protestów, arbitraży, wydłużenia w nieskończoność lub wręcz niemożności rozstrzygnięcia przetargu. A brak leków i badań diagnostycznych to jak wiadomo „rażące ograniczenie jakości świadczeń”, za które także nie spotka nikogo nagroda...
Trudno uwierzyć, że w kilkuset szpitalach publicznych w Polsce – małych i dużych, jedno- i wieloprofilowych, zarządzają nieudacznicy, którzy nie mają pojęcia o swoim fachu. W skrajnie niestabilnym otoczeniu, przy braku polityki zdrowotnej, monopolu płatnika, wciąż zmieniających się przepisach i finansowym kryzysie dowodzenie okrętem typu 'szpital publiczny’ jest sportem ekstremalnym. Płynące z ekranu pouczenia niczego nie zmienią. A stawką tej gry jest właśnie zmiana. Obiecywana od lat zmiana warunków funkcjonowania szpitali, która umożliwi realne zarządzanie ich szefom. Wśród nich na pewno są różni ludzie - ‘swój chłop’, ‘bokser’, ‘wieczny zastępca’ czy ‘ryzykant’. Zdrowy system sam zweryfikuje, kto jest dobrym menadżerem, kto nie. Tylko na kogo wówczas będzie można zwalić winę?