REKLAMA
Rok 2013 - w odróżnieniu od lat ubiegłych - nie rozpoczął się awanturami w przychodniach i szpitalach. Nikomu nie odmówiono przyjęcia, nikogo nie szantażowano brakiem kontraktu ani nie próbowano zmusić do płacenia za to, co gwarantowane. Żadnych dantejskich scen, żadnej emocjonalnej ‘setki’ przed kamerą, zero interwencji. Cisza w eterze. Jak nigdy...
Przyczyna? Większość kontraktów podpisano już w listopadzie, co w 10 letniej historii NFZ wydarzyło się po raz pierwszy. Wystarczyło chcieć, by niemożliwe stało się możliwe. Poprzednie kierownictwo Funduszu wydawało się hołdować zasadzie – chcesz pokoju, szykuj wojnę. Prężenie administracyjnych muskułów okazywało się jednak zawodną strategią. Coroczne próby sił przynosiły głównie kłótnie i protesty, których zakładnikiem – jak zawsze – stawał się Bogu ducha winny pacjent.
Zmiana na stanowisku Prezesa, która w relacje między interesariuszami wniosła nową jakość w cywilizowanym świecie zwaną dialogiem, wydaje się dzisiaj przynosić owoce. Potwierdzają to m.in. prezes Federacji Porozumienie Zielonogórskie (dotychczas zaczynającego rok od tradycyjnego jak sylwestrowy toast sporu z Funduszem) oraz dyrektorzy licznych szpitali. Oczywiście daleko nam wciąż do Eldorado, ale w obliczu ciągłych turbulencji oraz przewlekłej niewydolności finansowej utrzymanie kursu jest sukcesem. W efekcie mamy kontrakty na poziomie w większości nie gorszym niż w roku ubiegłym, podpisane w atmosferze dążenia do porozumienia. Być może dla wielu ich poziom nie jest satysfakcjonujący. I pewnie jeszcze długo nie będzie. Pozwala jednak płynnie wejść w noworoczną rzeczywistość, co należy docenić...
Inną istotną zmianą, która nie wywołała medialnego hałasu (ledwie pomruk), było wprowadzenie tzw. Elektronicznej Weryfikacji Uprawnień Świadczeniobiorców zwanej pieszczotliwie eWUŚ. Dla mniej zorientowanych wyjaśniam, że chodzi o automatyczne potwierdzanie uprawnień do korzystania z opieki finansowanej przez NFZ. Wbrew tęsknotom niektórych dziennikarzy nie nastąpiła ‘piękna katastrofa’. System praktycznie wszędzie działa, w dodatku prosto i szybko. Wystarczy podać numer PESEL i pokazać dokument tożsamości. Dla bardziej dociekliwych – jeżeli z jakiegoś powodu eWUŚ nie potwierdza, że jesteśmy ubezpieczeni – dotychczasowe dokumenty (np. RMUA czy legitymacja emeryta) lub oświadczenie pacjenta wystarczą, by otrzymać pomoc. I chociaż z pewnością tu i ówdzie wyskoczy błąd, ujawni się brak logiki (np. konieczność codziennego potwierdzania uprawnień u dzieci) system się zawiesi albo ktoś zapomni PESELU, to w miejsce dotychczasowego pustosłowia o konieczności „uszczelniania systemu” szpitale i przychodnie otrzymały narzędzie, które temu służy. A korzystają na tym nie lekarze, menadżerowie, urzędnicy czy firmy, ale każdy z nas odprowadzających co miesiąc składkę zdrowotną...
Jedna wszakże rzecz budzi niepokój. W momencie uzyskania - małej bo małej, ale zawsze - stabilizacji znaleźliśmy się na progu kolejnych zmian. „Prace nad projektem ustawy o decentralizacji NFZ są już na finiszu” – wypowiedział się jeden z wiceministrów zdrowia. Pięknie, tylko dlaczego wciąż owiane są nimbem tajemnicy? Czy środowiska medyczne a przede wszystkim pacjenci nie zasługują na to, by projekt tak ważnej regulacji powstawał w konsultacji z nimi? Czy naprawdę jedynie słuszną linią jest wiara, że „rząd wie lepiej”? Czy nie warto poddać swoich pomysłów pod publiczną dyskusję zanim wbije się go w ramy ustawy? Od zapytania innych o opinię nikomu dotąd nie ubyło autorytetu. Może gdyby taka dyskusja stała się możliwa, część jej uczestników poczułaby większą odpowiedzialność? Doświadczenie pokazuje, że wówczas marzenia o ‘pięknej katastrofie’ pojawiają się rzadziej...