Dobrze, że potrzeba zmian systemowych w polskiej onkologii została głośno wypowiedziana z ministerialnej mównicy. Oby jednak nie w charakterze magicznego zaklęcia, ale sygnału do pospolitego ruszenia...
REKLAMA
Odbywające się w dniach 11 – 12 lutego VII Forum Liderów Organizacji Pacjenckich w tym roku zadedykowano polskiej onkologii. Formułując tytuł debaty organizator (Instytut Praw Pacjenta i Edukacji Zdrowotnej) próbował pytać zaproszonych gości „Na co może liczyć polski pacjent?” Trzeba przyznać, że dobór dyskutantów był odpowiedni do rangi problemu. Odpowiedzi na to trudne pytanie próbowali bowiem udzielić m.in. minister zdrowia, prezes NFZ oraz konsultant krajowy w dziedzinie onkologii klinicznej.
„Rok 2013 to rok zmian w onkologii. Zaproponujemy zmianę sposobu leczenia chorób nowotworowych” – powiedział minister, mając na myśli przebudowę systemu opieki onkologicznej. To bardzo pojemna deklaracja. Może oznaczać wiele lub nic. Jeśli w ślad za wypowiedzią szefa resortu zdrowia powstanie plan – nie wizja, ale szczegółowy plan z zadaniami, terminami i miernikami - sieci skoordynowanych ośrodków leczenia raka, to będzie milowy, choć dopiero pierwszy krok. Potem oczywiście trzeba znaleźć w budżecie środki na jego finansowanie i pilnować, by faktycznie były wydawane zgodnie z założeniami. Niby naturalne, choć diabeł jak zawsze śmieje się pełną gębą szczegółów...
Wg danych OECD średnie wydatki na opiekę onkologiczną w krajach UE wynoszą rocznie 148 euro na obywatela. Dla porównania - w Polsce wydajemy 41 euro. Gdyby przyjąć za punkt odniesienia wysokość PKB, to jego wartość w naszym kraju stanowi 64% średniej europejskiej. Od przeciętnego Europejczyka zdrowsi raczej nie jesteśmy. Jeśli więc chcielibyśmy zastosować tę samą proporcję w stosunku do wydatków na leczenie raka, to rocznie powinniśmy przeznaczać na ten cel 95 euro per capita. Z prostego rachunku wynika zatem, że chcąc zbudować system opieki odpowiadający potrzebom i dostosowany do możliwości potrzebujemy na to dodatkowo ponad 9 miliardów złotych rocznie...
Przyzwyczailiśmy się, że mówiąc „koszty” myślimy „leki”. Tymczasem farmakoterapia stanowi jedynie niewielki ułamek wydatków. Szacuje się, że łączny udział kosztów leczenia chorób nowotworowych w globalnych wydatkach na zdrowie wynosi około 7%. Dla porównania wydatki na leki onkologiczne to tylko 0,84%. Zatem kwota potrzebna na „zmianę sposobu leczenia chorób nowotworowych” to głównie wydatki na wczesną diagnostykę, technologie informacyjne, dostosowanie przestarzałej infrastruktury do dzisiejszych wymagań (ambulatoria, oddziały dzienne) oraz kształcenie. Bo u nas – co nie jest tajemnicą – onkologów jak na lekarstwo. Dla przykładu – rocznie na jednego lekarza onkologa we Francji przypada 94 nowo zdiagnozowanych pacjentów, we Włoszech 124, w Polsce zaś 500. I trzeba przyznać, że nasi w większości przechodzą samych siebie, ponieważ wyniki leczenia nie odzwierciedlają tej przepaści. Tym razem przykład zza zachodniej granicy – wydatki na onkologię w Niemczech są 5 razy wyższe niż w Polsce, zaś np. wskaźnik 5 – letniej przeżywalności w raku piersi jest u nas tylko o 13,5% niższy. Zatem potrafimy leczyć skutecznie. Tylko trzeba mieć kim, czym i gdzie...
Moje ekonomiczno – zdrowotne rozważania chciałbym spuentować następująco: w skali światowej roczne koszty społeczne chorób nowotworowych wynoszą 895 miliardów dolarów. To więcej, niż całkowity roczny PKB Szwajcarii i Szwecji razem! Życie i zdrowie człowieka nie ma ceny. Ale choroby generują koszty, które ponosimy wszyscy. Stąd powtarzam jak mantrę, że zdrowie to inwestycja. Cieszmy się, że potrzeba zmian została głośno wypowiedziana z ministerialnej mównicy. Byleby tylko nie w charakterze magicznego zaklęcia, ale sygnału do pospolitego ruszenia...
