Płacimy krocie za leki, wydajemy miliony na diagnostykę i miliardy na hospitalizacje. Mierzymy korzyści zdrowotne zastanawiając się nad ich wartością. Ile zatem kosztuje rok życia? Albo ile wg Państwa kosztować powinien?
REKLAMA
Według jednego z ubiegłotygodniowych Komentatorów zdrowie to „towar jak każdy inny”. Odważne porównanie. Pozostaje życzyć, aby jego trafności nie zweryfikowało życie. W potocznym rozumieniu towar to „coś” przeznaczone na sprzedaż. Ma swoją miarę, rodzaj i gatunek. No i oczywiście cenę. Przy całym sprzeciwie wobec prób traktowania zdrowia jako towaru, będę wdzięczny za przesłanie stosownej oferty...
Wbrew sugestiom przenikliwych Czytelników twierdzenie o „braku ceny” życia i zdrowia nie jest próbą fałszowania rzeczywistości. Płacimy krocie za leki, wydajemy miliony na diagnostykę i miliardy na hospitalizacje. Robimy poważne badania, mierzymy punkty końcowe, oceniamy efekt leczenia. Kalkulujemy koszty jego uzyskania. Mierzymy korzyści zastanawiając się nad ich wartością. Ile zatem kosztuje rok życia? Albo ile wg Państwa kosztować powinien?
W cywilizowanym świecie za wiarygodną miarę korzyści terapeutycznych uznaje się dodane lata życia skorygowane jakością czyli tzw. QALY. Wskaźnik ten jest miarodajny wtedy, gdy terapia w sposób istotny wpływa zarówno na wydłużenie życia, jak i na poprawę jego jakości. Modelowym przykładem są choroby przewlekłe – cukrzyca, łuszczyca, reumatoidalne zapalenie stawów, nadciśnienie tętnicze etc. Z tymi schorzeniami pacjent zmaga się przez lata, przyjmując leki do przysłowiowego końca. Chodzi więc o to, by jak najmniej ucierpiały na tym jego funkcje życiowe i społeczne.
Są wszakże schorzenia, które mogą zabić równie boleśnie, co szybko. Zarówno przebieg choroby jak i agresywne leczenie dramatycznie obniżają komfort życia. Taki stan oczywiście rzadziej utrzymuje się przewlekle. Zwykle kończy się wyleczeniem lub zgonem. Tym niemniej dyskutowanie o jakości często zakrawa na ironię. W tej sytuacji miarą korzyści z leczenia są zyskane lata życia (LYG) lub – gdy choroba w istotny sposób upośledza funkcje życiowe pacjenta – dodane lata życia skorygowane niepełnosprawnością (DALY). W tej grze stawka jest większa niż jakość.
Dojrzałe systemy zdrowotne próbują mierzyć opłacalność terapii licząc koszt uzyskania jednego QALY lub LYG czy DALY. Najczęściej uznaje się, że nie powinien on przekraczać trzykrotności produktu krajowego brutto liczonego na jednego na mieszkańca danego kraju. W tym wyścigu niekwestionowanym liderem była przez lata Australia, gdzie polityka refundacyjna oraz cenowa należała do najbardziej restrykcyjnych. Ustalony arbitralnie próg opłacalności na poziomie 42 000 dolarów australijskich (ok 135 000 PLN) pozwalał wprawdzie upilnować dyscyplinę finansową, ale równocześnie mocno ograniczał dostęp do leczenia. Efekt zdrowotny miał charakter drugorzędny, kluczowe były koszty. Nie bez kozery w Australii trwa obecnie największa w historii tego kraju reforma ochrony zdrowia. Jednym z jej założeń jest zmiana systemu oceny nowych technologii pod hasłem ‘pokaż wyniki - powiem ci, ile jesteś wart’.
Podobną lekcję odrobiła wcześniej Wielka Brytania, która – jak wiemy – chlubi się jednymi z niższych w świecie cen leków. Brytyjczycy - których trudno posądzić tak o rozrzutność jak i o uleganie trendom – doszli do wniosku, że sztywnego progu opłacalności arbitralnie wyznaczyć się nie da. Owszem potrzebne są punkty odniesienia, ale nie należy używać ich jak gilotyny. Nominalnie NICE uznaje przedział 20 000 - 30 000 GBP za QALY (niecałe 100 000 - 150 000 PLN) za orientacyjną granicę opłacalności. Tym niemniej wśród pozytywnych rekomendacji można znaleźć także technologie, dla których wartość QALY mieści się w przedziale od 20 000 do 50 000 GBP (ok 240 000 PLN). W uzasadnionych wskazaniach, kiedy próg opłacalności przekracza 30 000 GBP, po prostu wymaga się od leku wyjątkowo znaczącego efektu.
Doświadczenia brytyjskie potwierdzają, że ustalenie sztywnej granicy „odcięcia” nie jest rozsądnym pomysłem. Wbrew pozorom nie ogranicza wydatków, ponieważ promuje wszechobecne technologie ‘środka’. Umiarkowany efekt za umiarkowaną cenę. Dodatkowo podnosząc barierę wejścia dla innowacji może prowadzić do zmonopolizowania rynku przez leki „sprawdzone”, które w skali masowej wywierają kolosalny wpływ na budżet. W rezultacie listy refundacyjne rosną „wszerz”, a kasa pustoszeje. Tylko czy od tego przybywa zdrowia?
A wracając do zdrowia – czyli „towaru jak każdy inny” – oraz jego ceny... Wiemy z grubsza ile ten czy inny płatnik jest w stanie zapłacić za leki i świadczenia medyczne, ale czy to jest cena zdrowia? Ile właściwie kosztuje zyskany rok życia? Wszystko jedno czy w Australii, Wielkiej Brytanii czy w Polsce? Spodziewam się, że na Kubie sporo mniej. Ale tak konkretnie, to ile?
